Czasami dziwi mnie jak żywe są moje wojenne wspomnienia i z jaką łatwością przychodzi mi dzielenie się nimi pomimo, że to co opisuję działo się przeszło siedemdziesiąt lat temu. Wiem, że przez wojnę straciłam większą część mojego dzieciństwa i cały okres dojrzewania. Dorośli wokół mnie cierpieli bo byli bezradni aby pomoc mi mieć normalne życie. Ostatnio, codziennie gdzieś na świecie, widzę cierpiące przez wojnę dzieci i wiem, co czują. Mam ochotę przytulić je, spojrzeć w ich oczy i szepnąć do małego ucha „trzymaj się i nie daj się, warto przeżyć”.

Gdy w 1938 roku skończyłam dziewięć lat, wśród urodzinowych prezentów było małe pudełeczko. Otworzyłam je ostrożnie i wewnątrz znalazłam owinięty kawałkiem ciemnoniebieskiego aksamitu swój pierwszy złoty pierścionek. „To prawdziwe złoto”, powiedziała moja mama a ja następnego dnia w szkole wielokrotnie powtarzałam jej słowa, z dumą chwaląc się jego pięknym blaskiem i budząc zazdrość koleżanek. Był to mały sygnet, mający na powierzchni wygrawerowane inicjały IP oraz drobne kwiatki. Ilekroć zwracałam go w kierunku słońca sprawiając, że radośnie odbijał jego promienie, moje serce przepełniała radość. Czasem byłam nawet w stanie dostrzec połyskujące, jakby poruszane wiatrem drobne listki. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek zdejmowała swój skarb, nawet wówczas, gdy stał się za ciasny na mój palec, a wygrawerowane na nim elementy stały się widoczne jedynie dla mnie.

Lato 1939 roku dobiegało końca…. Wyjątkowo piękne, ludzie wracali z udanych urlopów, uczniowie szykowali się do szkoły. Dla mnie, dziesięcioletniej dziewczynki, cały zamęt polityczny rozgrywał się jakby w tle mojej rzeczywistości. Jednak wyczuwałam w nagrzanym sierpniowym słońcem powietrzu coś, czego nie rozumiałam.

Zza ściany dobiegał głos ojca. „Mówię ci. Wojna wybuchnie lada chwila….Tak, jestem tego pewny. Wczoraj wieczorem w radio udało mi się złapać przemowę Hitlera i wysłuchałem prawie całą. Ten szaleniec jest gotowy …… już niedługo zaatakuje Polskę.” Miałam wrażenie, że ojciec rozmawiał przez telefon od samego rana. Jego głos był cichy, zimny, przytłumiony co podkreślało wagę jego słów. Zawsze mówił w ten sposób, gdy był czymś bardzo poruszony. Już wolałam podniesiony głos mojej matki bo wiedziałam, że jej złość szybko mija. Lecz słysząc ojca, docierało do mojej świadomości, że dzieje się coś złego….

Siedziałam u siebie w pokoju na łóżku, oparta o mojego dużego pluszowego miśka próbując skoncentrować się na czytaniu książki. Dzień był upalny i poprzez cieniutką sukienkę szorstki materiał mojego ukochanego zwierzaka stawał się nie do zniesienia. Dlaczego nie idziemy nad rzekę? To był ostatni dzień urlopu ojca i moich wakacji i mieliśmy popływać naszą łodzią. Taki przynajmniej był plan, gdy mama wychodziła do pracy. Obok mnie leżała przygotowana mała torba z kostiumem kąpielowym. Byłam gotowa i czekałam. Wciąż miałam nadzieję, że jednak popływamy po Wiśle.

Tato po raz kolejny rozmawiał z kimś przez telefon. Spojrzałam na zegar i pomyślałam, że nasza służąca Tusia zaraz zawoła mnie na obiad i za chwilę będzie za późno na wypad nad wodę. Choć wiedziałam, że nie powinnam, zamykając książkę zagięłam róg strony. Wsłuchiwałam się w słowa ojca z coraz większą uwagą i zaczęłam odczuwać ogarniający całe moje ciało niepokój. Serce podchodziło mi do gardła i zaczął mnie ogarniać strach. Ojciec zadzwonił pod jeszcze jeden numer i wydawało mi się, że za każdym razem powtarzał dokładnie to samo. „Niemcy nadają przemowy Hitlera co noc i celowo kierują je na Polskę”. Jego głos stawał się coraz bardziej zmęczony i ostry. „Ten szaleniec jest w jakimś amoku. Mówi, że potrzebuje „Lebensraum” (siedlisk) i aby je zdobyć zamierza zająć Polskę. Tak właśnie powiedział. Najpierw korytarz, a potem reszta. Nie, nie sądzę aby blefował”. Ojciec zatrzymał się na moment, zapalił papierosa i ze słuchawką na ramieniu słuchał przez kilka minut. „Och tak, powiedział kiedy. Powiedział, że zrobi to wkrótce bo chce skończyć zanim pogoda się zmieni. Tak Edku, ten drań tak powiedział. Oczywiście, że mówił po niemiecku. Ala też tego słuchała, znamy niemiecki i doskonale go rozumiemy.

Usłyszałam imię wujka Edka, który właściwie nie był moim wujkiem choć zawsze chciał bym go tak nazywała. Bardzo lubiłam jego poczucie humoru i uwielbiałam gdy żartowali i śmiali się z ojcem z jego żartów. Teraz byłam zdziwiona jak poważnie ze sobą rozmawiali. Stanęłam na progu pokoju ojca. Dzień był naprawdę gorący a ja wiedziałam jak bardzo tato nie lubi takiej pogody chyba, że pływa po Wiśle w swojej małej łódce.
I choć półprzymknięte okiennice chroniły przed upalnym słońcem, widziałam jak wyciera czoło dużą białą chustką. Wyraźnie czułam, że źle czuje się i jest bardzo zdenerwowany. Rozmowa z wujkiem Edkiem trwała dalej. „Tak, siedzę przy telefonie cały ranek i już rozmawiałem z Markiem i Józefem. Oni uważają tak jak ty,
że nie nie powinniśmy brać słów tego maniaka na serio. Że to tylko propaganda. Oczywiście wiem, że jeśli Hitler napadnie na Polskę to Anglia i Francja wypowiedzą Niemcom wojnę. Ale niestety jestem przekonany, że on nie blefuje. Chce wojny, jest na nią gotowy i może zacząć lada chwila. Nawet w poniedziałek. Edku, może wejdziecie z Reginą dziś wieczorem? Już zaprosiłem Józefa i Marka, też przyjdą z żonami. Bądźcie około dziewiątej, to razem posłuchamy tej stacji i wówczas zobaczysz o czym mówię. Do zobaczenia wieczorem.

Ojciec odłożył słuchawkę całą mokrą od potu.

Choć bardzo się starałam, to nie mogłam zrozumieć o czym rozmawiali. Jedyne co do mnie dotarło, to wieczór pełen gości. Od razu lepiej się poczułam. Uwielbiałam gdy do rodziców przychodzili przyjaciele, śmiech taty, radosną matkę. Udzielał mi się wówczas ich dobry nastrój. Nie mogłam się doczekać wieczoru. Tym bardziej, że pokój z radiem sąsiadował z moim i może wówczas usłyszałabym ich rozmowę i w końcu cokolwiek zrozumiałabym?

Spojrzałam na zegar. Wybiła godzina pierwsza. Pomyślałam, że jak to mówią dorośli, nie opłaca się już wyjmować łódki z hangaru. W tym samym momencie Tusia zawołała mnie na obiad. Po posiłku rozpakowałam torbę, włożyłam kostium do szafy
i postanowiłam przygotować się na pierwszy dzień w szkole. Przecież poniedziałek jest już za dwa dni…. Czy wszystko mam? Mój nowy tornister jest zachwycający. Ale…. co z tą wojną? Tato mówił coś o poniedziałku….. Czy wojna może być ważniejsza od szkoły?

Słowo „wojna”, które podczas porannych rozmów ojca padło tyle razy, powoli zaczęło się zmieniać w mojej głowie w tekst piosenki, którą często razem śpiewaliśmy. Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani, że za tobą idą chłopcy malowani? Ale czułam, że TA wojna nie będzie miała nic wspólnego z piosenkami czy opowieściami w książkach. TA wojna będzie prawdziwa. Bardzo zła.

Trzymając swój nowy tornister w ręku podeszłam do taty. Siedział na kanapie spocony, smutny, zmęczony. Uśmiechałam się się do niego, jakbym chciała mu pokazać, że nie jestem rozczarowana, że nie poszliśmy pływać.

Tato, co powinnam zabrać ze sobą do szkoły w poniedziałek?

Nauczycielka na pewno ci wszystko powie – odpowiedział bez uśmiechu i spojrzał na mnie strapiony, jakby z lękiem. Pocałowałam go szybko nie wiedząc co robić dalej. Po chwili otrząsnął się i ze śmiechem powiedział

No to zobaczmy co możemy włożyć to twojego nowego tornistra.

Kilka minut później mama wróciła z pracy. Weszła uśmiechnięta, pełna energii. Pięknie wyglądała z zaróżowionymi policzkami, w swoim białym kapeluszu. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie na ojca i zapytała:

 Co się stało, źle się czujesz? Jesteście w domu tak wcześnie.

 Nie, jestem po prostu bardzo zmęczony – odpowiedział ojciec.

Stałam zapatrzona na moją matkę. Gdy się uśmiechała, uważałam ją za najpiękniejszą kobietę na świecie. Odstawiłam szkolną torbę i z wielką uwagą słuchałam.

Będziesz ze mnie dumny gdy powiem ci co zrobiłam – mówiła matka podekscytowana – po wczorajszym przemówieniu Hitlera postanowiłam przygotować się do wojny. Zresztą wszyscy nie mówią o niczym innym. Wyszłam z pracy trochę wcześniej i poszłam do mojej przyjaciółki, która ma sklep spożywczy. Kupiłam mąkę, cukier, olej na sześć miesięcy. Wprawdzie minister Beck mówił, że pokonanie Niemców zajmie nam około trzech miesięcy ale ja wolę się zabezpieczyć. Poprosiłam aby jeszcze dzisiaj to do nas dostarczyła. Poprosiłam też Jana z naszego biura, aby zbił nam dwie drewniane skrzynie na te produkty i również dzisiaj je do nas przywiezie.

Zakończyła dumna z siebie, patrząc na ojca i czekając na jego pochwały.

Ależ jestem z ciebie dumny. To świetna myśl, że zrobiłaś to dzisiaj. W przyszłym tygodniu mogłoby być za późno. Tak – powtórzył całując matkę w policzek – mądra jak zwykle. Inni mówią, ty działasz.

Ale dlaczego nie poszliście nad rzekę? Taka piękna pogoda, twój ostatni dzień urlopu i wakacji Irenki?

No tak. Nie poszliśmy bo całe rano spędziłem przy telefonie. Rozmawiałem z Markiem, Józiem i Edkiem o przemówieniu Hitlera. Zaprosiłem ich z żonami na dzisiaj na dziewiątą. Niech sami posłuchają go na własne uszy.

Gdy około godziny dziewiątej przyszli przyjaciele rodziców, w domu rozlegał się gwar rozmów, czuć było wspaniały aromat rogalików z konfiturą różaną – popisowego wypieku mojej mamy. Przywitałam się z gośćmi jednak gdy dorośli usiedli wokół radia, poszłam do swojego pokoju. Nie byłam śpiąca, więc choć już w piżamie, stanęłam na progu mojego pokoju. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, wszyscy w skupieniu słuchali słów płynących z radia. Poprzez szum i trzeszczenie radia wyraźnie było słychać pełen wściekłości głos „Ich mach das shnell”. Nie wiem jak długo trwało przemówienie Hitlera, nie znając niemieckiego nic nie rozumiałam więc przenosiłam wzrok z jednej twarzy na drugą próbując cokolwiek z nich wyczytać. Oni zrozumieli każde słowo. Kiedy głos przestał krzyczeć w pokoju zapadła cisza. Wujek Edek przeciągnął włosy na czoło i zaczął parodiować Hitlera „Ich mach das shnell”. Nikłe uśmiechy momentalnie znikły, gdy z radia uderzył nagle szalony wrzask tysięcy gardeł: Hail Hitler, Hail Hitler, Hail Hitler….

Ojciec wyłączył radio. Wycofałam się do swojego pokoju mając nadzieję, że usłyszę rozmowę dorosłych i będę mogła zorientować się co się właściwie dzieje. Leżałam już w łóżku gdy usłyszałam głos ojca:

Edek, co teraz myślisz, przecież wszystko zrozumiałeś? Czy nadal uważasz, że ten szaleniec blefuje?

Nagle wszyscy zaczęli mówić naraz. Ale Anglia i Francja deklarują wypowiedzenie wojny… podpisały, że się do nas przyłączą…. Przecież Niemcy nie mogą walczyć z całym światem…. Hitler nie wygra z Anglią, nie wygra z Francją…. a co z Rosją?….. co na to Stalin?… i Niemcy będą brać w tym udział?

Nastała cisza. No właśnie – odpowiedział ojciec – słyszeliście to „Heil Hitler”? Ilu tam było Niemców? Jak myślicie…. ile tysięcy tam było?

Goście zasiedli do stołu i Tusia – jak zwykle w świeżo wyprasowanym, białym fartuszku, podawała poczęstunek. Wyśmienite rogaliki mamy zbierały zasłużone komplementy. Rozmowa przeniosła się na temat wystawy światowej w Nowym Jorku i o znajomej wszystkim parze, która przed miesiącem poleciała ją zwiedzić pozostawiając trójkę swoich dzieci z babcią na wsi. Tematem rozmowy stała się możliwość wyjazdu z Polski. Czy powinniśmy? Jeśli tak to dokąd? Jak? Kiedy? I nagle rozmowa zaczęła dotyczyć Żydów. Głosami pełnymi lęku opowiadali o tym, co się dzieje z Żydami w Austrii i w Niemczech. Marek, który przeczytał „ Main Kampf” Hitlera, cicho powiedział, że bardzo się boi. Dodał, że współmałżonkowie z małżeństw mieszanych, ich dzieci a nawet wnukowie Żydów – traktowani będą jak Żydzi. Wszyscy mówili jednocześnie i wydawali mi się przerażeni.

Nagle zrozumiałam dlaczego mój ojciec był tak bardzo zdenerwowany od samego rana. Wielu z jego przyjaciół byli albo Żydami albo mieli żony lub mężów Żydów. Zdałam sobie sprawę, że oni czują się bardzo zagrożeni. Wyraźnie słyszałam w głosach tych dorosłych strach i… bezsilność. Czułam, jak ściska mi się serce tak bardzo zrobiło mi się ich żal. Łzy płynęły po mi twarzy.

Bolało tylko trochę, gdy jubiler zdejmował pierścionek z mojego palca, rozcinając go za pomocą małej piłki. Moja matka trzymała mnie za drugą rękę, dodając otuchy w czasie owej operacji, jak ją żartobliwie nazwała. Był luty roku 1942. Straszliwa wojna trwała już prawie trzy lata, a ja nie byłam już małą dziewczynką, miałam dwanaście lat i przez ten czas nauczyłam się akceptować i znosić ból, na przykład taki, jaki towarzyszył dolegliwościom związanym z zębami lub zatokami. Uśmiechnęłam się do jubilera, gdy powiedział, że operacja się udała i skierowałam wzrok ku matce, która otworzyła torebkę i wysypała z niej mały stosik złotej biżuterii. Rozpoznałam łańcuszek i wieczko zegarka mojego taty, jej ulubioną bransoletkę, a nawet kilka złotych koron na zęby, które w tamtej chwili wyglądały okropnie i zarazem groteskowo.

Matka zaczęła mówić do mnie, używając swego najpoważniej brzmiącego tonu, który zwykłam nazywać Głosem Wojny. Ilekroć ktoś przemawiał do mnie w taki sposób, słuchałam uważnie każdego słowa wiedząc, że jestem traktowana jak osoba dorosła i że to, co słyszę, jest niezmiernie ważne.

Wiesz, że pieniądze straciły swoją wartość – zaczęła wyjaśniać – i że teraz złoto stało się środkiem płatniczym. Za złoto można kupić wszystko: jedzenie, buty, zimowe płaszcze.

Zafascynowana tym, co robił jubiler, skinęłam tylko potakująco głową w jej kierunku, obserwując, jak mój pierścionek wraz z pozostałym złotem zmienia się z jasno połyskującego metalu w żółto-pomarańczowy płyn. Płyn ten nie błyszczał za wyjątkiem samych krawędzi naczynia. W niewielkim pomieszczeniu zrobiło się duszno, nie można jednak było wpuścić do niego ani powietrza ani zewnętrznego światła, ponieważ to, co robiliśmy, Niemcy uznawali za przestępstwo. Byłam przejęta i czułam, jak moja twarz staje się czerwona z powodu gorąca, kiedy z zachwytem wpatrywałam się w niebiesko-żółty, syczący ogień, który wydobywał się z podłużnego palnika skierowanego w stronę żelaznego naczynia stojącego na stole.

Jubiler, ubrany w specjalne okulary i rękawice, podniósł naczynie wypełnione płynnym złotem i wlał jego zawartość do gipsowej formy. Ku mojemu zdumieniu
i zachwytowi zaczął się w nim formować duży żółty klucz. Nie był błyszczący i zanim zdążył całkowicie wystygnąć, jubiler zrobił z nim coś takiego, co spowodowało, że wyglądał jak zwykły czarny klucz, podobny do wszystkich innych żelaznych kluczy do drzwi.

Przyszłyśmy tutaj, aby zrobić ze złota zwyczajnie wyglądające klucze – wyjaśniła matka, widząc moje zdziwienie.

– Być może wkrótce będziemy musieli opuścić Warszawę, zostawiając mieszkanie
i wszystko, co posiadamy – zamilkła na chwilę, patrząc na mnie i szukając odpowiednich słów, a potem niemal szeptem zaczęła mówić dalej.

– Ten klucz robimy dla ciebie, pewnego dnia może uratować ci życie. Noś go przy sobie przez cały czas i nigdy, przenigdy nie zdradź nikomu, że jest zrobiony ze złota.

Od tego czasu miałam swój czarny klucz zawsze przy sobie. W tej czy w innej kieszeni moja dłoń zawsze szukała kontaktu z jego gładką powierzchnią, czasami bardzo mocno go przy tym ściskając.

W ciągu roku, który minął od czasu naszej wizyty u jubilera, życie moje oraz mojej rodziny stało się bardzo smutne i szare tak, że pomimo usilnych starań nie byłam w stanie pomyśleć o czymkolwiek, co byłoby radosne. Wiedziałam, że moja babcia, którą kochałam, i której cudownych opowieści bardzo mi brakowało, mieszka w getcie, podobnie jak większość krewnych i znajomych mojej matki. Za każdym razem, kiedy siadałam do jedzenia, myślałam o żyjących tam ludziach oraz o mojej najlepszej przyjaciółce, Irence, i zastanawiałam się, czy są bardzo głodni. Chciałabym móc podzielić się z nimi swoim złotym kluczem. W ciągu tego strasznego roku czułam się tak, jakby stopniowo zaciskała się wokół mnie jakaś gigantyczna sprężyna, każdego dnia coraz mocniej i mocniej, wyżymając moje życie z wszelkich oznak radości. Co wieczór z niecierpliwością wyczekiwałam momentu pójścia spać gdy prosiłam leżący pod poduszką klucz, aby otworzył złote wrota do pięknych i szczęśliwych snów. Często to robił, jednak każdego ranka powracała okrutna rzeczywistość naszego życia oraz świadomość, że niektóre z najbardziej ukochanych przeze mnie osób zniknęły z niego na zawsze. Starałam się zachowywać jak dorosła i nigdy nie skarżyłam się ani pod żadnym pozorem nie okazywałam strachu. Mówiono mi, że jestem odważna więc zachowywałam się tak, jakbym była bardzo dzielna. Tak jak ojciec, którego uważałam za najodważniejszego człowieka na ziemi, stałam się członkiem Armii Krajowej. Był koniec zimy i wczesna wiosna roku 1942. Miałam wprawdzie dopiero dwanaście lat, ale nie dawałam dorosłym żadnych pretekstów, aby nie mogli mi ufać. Moim zadaniem podczas AKCJI, jak nazywano dostawy broni, było podążanie w bezpiecznej odległości za ojcem i niesienie dwóch pistoletów ukrytych w mojej futrzanej mufce. Uwielbiałam brać udział w tych AKCJACH. Trzymałam dłonie na chłodnym metalu, którego dotyk nie różnił się zbytnio od mojego klucza i szłam szybko ze wzrokiem skierowanym przed siebie. Zawsze miałam nadzieję ale i świadomość, że jako dziecko byłam mniej narażona na zatrzymanie w celu rewizji niż dorośli. Podczas swojej pierwszej AKCJI widziałam, jak ojciec idący przede mną został zatrzymany i przeszukany przez dwóch oficerów w mundurach Gestapo, którzy mijając go nagle zatrzymali motocykl i chwilę potem zaczęli go przeszukiwać. Idąc dalej chodnikiem, minęłam ich bez jednego spojrzenia w ich kierunku, pospacerowałam dookoła budynków i dziesięć minut później dotarłam do domu, wciąż mając dłonie zaciśnięte na pistoletach. Cóż to była za radość i ulga, kiedy ojciec i jego przyjaciele powitali mnie w progu. Mój ojciec był ze mnie bardzo dumny. Stałam się wykwalifikowanym i w pełni godnym zaufania kurierem broni. Od tego czasu często zajmowałam się dostawami pistoletów, a raz nawet dostarczyłam ciężki, obły przedmiot, który okazał się być granatem. Przed wyjściem zawsze upewniałam się, czy mam w kieszeni swój klucz, który miał zapewniać mi ochronę. Wiedziałam, że przynoszone przeze mnie rzeczy zostaną za kilka minut przerzucone przez mur getta i wkrótce, być może za kilka miesięcy, zostaną użyte do zabijania Niemców. Byłam przekonana, że to co robię było dobre, ponieważ Niemcy byli okrutni, mordowali wielu ludzi i chcieli zabić wielu kolejnych.

W marcu roku 1944 po wysadzeniu niemieckiego pociągu wyładowanego amunicją przeznaczoną na front wschodni mój ojciec został aresztowany i uwięziony na Pawiaku. Mężczyzna, który jakimś cudem został zwolniony z więzienia opowiadał nam, jak brutalnie ojciec był torturowany podczas przesłuchań ale pomimo tego nigdy nikogo nie wydał. Przyniósł nam również małą, postrzępioną karteczkę napisaną przez ojca. Liścik brzmiał następująco: „Kocham Was obie. Proszę, zapomnijcie o mnie, ratujcie siebie i opiekujcie się sobą nawzajem.”

1 sierpnia 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie. Tego ranka, gdy wyszłam na spacer z Johnem, jako pierwsza zauważyłam barykadę, która w nocy „wyrosła” prawie tuż pod naszymi oknami na Podwalu. Gdyby żył mój ojciec, to dzięki informacjom w radio na pewno wiedziałybyśmy o przygotowaniach do powstania na długo przed jego rozpoczęciem, ale bez niego nie używałyśmy krótkofalówki. Młodzi mężczyźni i chłopcy
w moim wieku z biało-czerwonymi opaskami poinformowali mnie, że wybuchło Powstanie. Kilka minut później matka i ja znalazłyśmy się w piwnicy sąsiedniego domu i oficjalnie stałyśmy się powstańcami. Za moją zgodą nawet mój czteroletni owczarek John stał się ochotnikiem. Wybrałyśmy pseudonimy, matka „Kameleon”, ja „Kukułka”. Podpisałyśmy się na oficjalnych legitymacjach i w towarzystwie dwóch nowych rekrutów wróciłyśmy do naszego mieszkania aby wyciągnąć spod łóżka radio i broń.

W narożnej kamienicy, naprzeciwko naszego domu został zorganizowany mały szpital polowy. Zgłosiło się kilku lekarzy ale nie było pielęgniarek. Moja matka, będąc po kursie pierwszej pomocy Czerwonego Krzyża zaofiarowała pomoc, jednak pod warunkiem, że i ja zostanę asystentką w szpitalu. I w ten sposób już drugiego dnia Powstania Warszawskiego rozpoczęłyśmy pracę. Jaka ja byłam wówczas szczęśliwa! Czułam się jakby ktoś tonący przez pięć długich lat nagle zaczerpnął łyk świeżego powietrza. W sercu wciąż miałam ostatnią wiadomość od ojca: „Kocham Was obie. Proszę, zapomnijcie o mnie, ratujcie siebie i opiekujcie się sobą nawzajem”. I to właśnie starałyśmy się robić. Byłyśmy zawsze razem i troszczyłyśmy się o siebie nawzajem. A teraz opiekowałyśmy się również rannymi, gdy jako sanitariuszki pomagałyśmy lekarzom w małym szpitalu na Podwalu. Komendant szpitala, naczelny chirurg, pułkownik dr Tadeusz Bętkowski poprosił moją matkę aby asystowała mu podczas operacji choć nigdy wcześniej tego nie robiła. Z pomocą doktora ponumerowała narzędzia dzięki czemu nauczyła się je rozpoznawać i była bardzo pomocna.

Mnie przydzielono opiekę nad pierwszym pacjentem szpitala. Był nim chłopiec w moim wieku, Kubuś. Pierwszego dnia Powstania został postrzelony w głowę, kula przeszła przez jego czaszkę, robiąc dziurę na przestrzał. Kubuś był harcerzem i ochotnikiem
w moim batalionie „Wigry”. Leżał nieprzytomny a
le gdy tylko troszeczkę odzyskiwał przytomność wołał ciągle Mamo, Mamusiu…. Moja rola polegała na tym, aby co godzinę podawać mu kroplówkę i dopilnować by nie leżał w mokrym łóżku. Doktor Bętkowski codziennie zmieniał mu opatrunek. Pewnego razu przyszedł akurat gdy używałam specjalnego naczynia zwanego kaczką. Byłam bardzo zażenowana, na twarzy czerwona jak burak. Doktor powiedział mi o przykazaniu Hipokratesa, znanym wszystkim lekarzom i pielęgniarkom. Pomagając chorym, zapominamy o sobie. Gdy następnego dnia zmieniał opatrunek, zapytałam czy mogę zobaczyć dziurkę w głowie Kubusia. Ku mojemu zdziwieniu nie było krwi i widziałam tylko coś szarego z delikatnymi czerwonymi żyłkami. Spytałam, czy Kubuś przeżyje?

– Tak – usłyszałam – ale możliwe, że będzie sparaliżowany.

– A co z dziurką w czaszce? – spytałam.

O, to nie będzie problemu. Zrobimy mu specjalną złotą płytkę i dziurkę zakryjemy.

Natychmiast sięgnęłam do kieszeni, dotknęłam mojego złotego klucza i pomyślałam, że ofiaruję Kubusiowi moje złoto.

Niedziela 13 sierpnia 1944 roku była wyjątkowo tragicznym dniem Powstania Warszawskiego. W eksplozji niemieckiego „czołgu pułapki” zginęło ponad 400 osób, w większości młodych chłopców. Ogłuszająca detonacja, oślepiający błysk i fala uderzeniowa zatrzęsła ziemią a ludzie w ciągu sekundy zostali spaleni. Eksplozja była tak silna, że na naszym balkonie na drugim piętrze znalazła się ludzka ręka. Cała ulica była pokryta lepką mazią.

Tydzień później dotarł do szpitala rozkaz ewakuacji powstańców ze Starego Miasta. Bez wątpienia dzień przejścia kanałami poza jego obręb był moim najgorszym przeżyciem z okresu wojny.

– Ale co będzie z rannymi? – zapytałam, myśląc o Kubusiu.

– Ci, którzy mogą chodzić, zostaną zabrani, a pozostali będą musieli zostać w szpitalu.

– A co z moim psem Johnem? – zapytałam matki.

– On nie będzie mógł iść – odpowiedziała smutnym głosem.

– Więc co się z nim stanie? – dopytywałam coraz bardziej przerażona.

– Będzie musiał zostać w mieszkaniu.

Ludzie przy wejściu do kanału dali nam zaledwie pięć minut czasu. Obie z matką, zabrawszy podręczne toby, wybiegłyśmy w pośpiechu zostawiając mojego ukochanego psa w domu. Zbiegałam po schodach z oczami pełnymi łez gdy nagle do moich uszu dotarł najsmutniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam w swoim życiu. Mój pies wył, a jednocześnie słychać było, jak rzuca się swoim ciałem na drzwi mieszkania. Nie wytrzymałam, odwróciłam się i pobiegłam schodami w górę. Otworzyłam drzwi i John pobiegł na dół wraz ze mną. Po drodze do wejścia do kanału zdołaliśmy wyprzedzić matkę ale na miejscu kazano nam poczekać. Gdy przyszła nasza kolej, matka zeszła przez otwór pierwsza, ja wchodziłam tuż za nią. Byłam pewna, że John w jakiś sposób wskoczy za nami, jednak nie pozwolono mu wejść do kanału bo by w nim utonął. Kiedy obejrzałam się, nasze oczy spotkały się po raz ostatni i po chwili mój ukochany pies zniknął mi z oczu pośród tłumu ludzi. Pod koniec dwugodzinnej wędrówki kanałami zemdlałam z powodu panującego tam odoru. Matka natychmiast zostawiła swoją torbę i niosła mnie na plecach, aż wyszłyśmy na powierzchnię w innej części Warszawy. Przez kolejne dni nie była w stanie wyprostować pleców, a ja pogrążyłam się ciemnej chmurze rozpaczy, której cień, gdy myślę o wojnie, nigdy do końca mnie nie opuścił. Moje dzieciństwo dobiegło końca. Straciłam ukochanego ojca, mojego psa i stałam się kolejną bezdomną ofiarą wojny.

Dzień później, 28 sierpnia, Niemcy weszli na Starówkę i w szpitalu zastrzelili wszystkich chorych, którzy nie byli w stanie poruszać się o własnych siłach. Pomimo tego, że byłam silna jak moja matka, to jednak świadomość śmierci Kubusia na szpitalnym łóżku oraz, jak podejrzewałam, mojego psa Johna, który zapewne rzucił się na pierwszego napotkanego Niemca – spowodowała, że prawie nic nie pamiętam z wrześniowego pobytu w schronie na Śródmieściu. Przez kolejne cztery tygodnie nie miałyśmy prawie nic do jedzenia a ja nie byłam w stanie przełknąć pluj-zupy, która była gotowana z niełuskanego słodowego zboża przeznaczonego do produkcji piwa, które ktoś przyniósł w wielkim worku z browaru Haberbush i Schile na Woli. Jeden z naszych lekarzy powiedział, że możemy zwalczyć głód za pomocą żucia tego niełuskanego ziarna albo możemy gotować je i robić z niego zupę. Ja niestety nie mogłam znieść ani surowego zboża ani zupy – po prostu dla mnie było za dużo wypluwania niejadalnych otrębów. Głód, którego wówczas doświadczałam, objawiał się w postaci dotkliwego bólu. Pewnego razu zasugerowałam matce, że może nadszedł moment, aby wykorzystać choć mały kawałek mojego klucza
i kupić coś do jedzenia. Gdy tylko to powiedziałam, zrozumiałam, jak niemądra była moja propozycja, więc dodałam szybko, „Ja tylko żartowałam, wcale nie jestem aż tak głodna”. W kieszeni obok klucza miałam zeschnięt
ą piętkę chleba i kawałek po kawałku żułam ten stary chleb jak małe dziecko ssie smoczek.

W październiku 1944 roku było już po Powstaniu. Nasze dowództwo nakazało wszystkim powstańcom, którzy przeżyli, wyjść na ulice, trzymając nad głową białe obrusy lub prześcieradła. Warszawa była ewakuowana, a ponieważ jako powstańcy byliśmy teraz jeńcami wojennymi, musieliśmy być traktowani zgodnie z Konwencją Genewską. Moja ukochana Warszawa była jednym wielkim rumowiskiem i wyglądała tak, jakby straciła swą duszę. Kiedy niemieccy żołnierze lufami i kolbami karabinów zapędzali nas do bydlęcych wagonów długiego czerwonego pociągu, zostałyśmy z matką rozdzielone. Z tego powodu obie zapamiętałyśmy ten bardzo długi dzień spędzony w pociągu jako najgorszy z całej naszej wojennej tułaczki. Dlaczego pozwoliłyśmy się rozdzielić? Matka zawsze chciała trzymać mnie za rękę, co mnie czasami denerwowało. Stawiała opór niemieckiemu żołnierzowi, który rozdzielał nas siłą. Krzyczał coś do matki po niemiecku, ona mu po niemiecku odkrzykiwała a ja bojąc się, że obydwie będziemy rozstrzelane z trudem wyrwałam rękę z jej dłoni i wskoczyłam do najbliższego wagonu. Chwilę później poprzez łzy obserwowałam, jak moja matka znika w tłumie gdzieś w tyle pociągu.

Siedziałam w rogu wagonu wraz z kilkudziesięcioma obcymi mi osobami. Pociąg wywoził nas w nieznane. Trzymając rękę w kieszeni i wodząc palcami po kluczu myślałam, że może rzeczywiście będę musiała go użyć, aby w jakiś sposób uratować życie. Otaczający mnie ludzie pytali jeden drugiego:

– Dokąd nas wiozą? Czy może do Auschwitz albo do Treblinki, żeby nas zagazować?”

– Nie, przecież nie jesteśmy Żydami”.

Od razu z przerażeniem pomyślałam o matce i ścisnęłam klucz z całej siły. 

Nikt jednak nie wiedział, gdzie jedziemy. Ktoś zaproponował, że może powinniśmy spróbować wyważyć drzwi i wyskoczyć z jadącego pociągu. Rozgorzała dyskusja. Ktoś zobaczył przez małą szparę między deskami, że jesteśmy w Niemczech, więc plany ucieczki zostały chwilowo porzucone. I znów powróciło pytanie, na które nikt nie znał odpowiedzi. Wiec gdzie nas zabierają? Siedziałam wystraszona i onieśmielona, wiedząc, że jako piętnastolatka jestem zbyt młoda, aby moja opinia była poważnie brana pod uwagę. Po raz pierwszy w życiu byłam całkowicie sama. Żadna z osób znajdujących się w wagonie nie znała mnie. Martwiłam się o matkę i prosiłam Boga by się nią opiekował. Nie mogłam sobie wyobrazić co mnie może bez niej czekać. „Dzięki Bogu nadal mam swój klucz”, pomyślałam, przesuwając palcami po jego znajomym kształcie. Choć wierzyłam, że mój klucz mi pomoże, bez matki czułam się bezradna i osierocona.

Sześć godzin później pociąg zatrzymał się. Niemiecki żołnierz otworzył wagon i kazał nam wysiadać. Nie byliśmy ani w Auschwitz ani w Treblince, lecz na niewielkiej stacji w miejscowości Mulheim. Czułam, jakby moja dłoń, kurczowo trzymająca klucz w kieszeni zrosła się z nim na zawsze. Przez moment zastanawiałam się, czy nie dołączyć do osób, które rzuciły się do ucieczki pomiędzy wagonami. Zauważyłam, że żołnierze do nich nie strzelali. Ale co z moją matką? Przecież jest gdzieś w tym pociągu i będzie mnie szukać, a jeśli mnie nie znajdzie wpadnie w rozpacz. Zdecydowałam, że muszę zostać i w tej samej chwili ujrzałam, jak matka biegnie w moim kierunku, na cały głos wykrzykując moje imię. Pobiegłam jej na spotkanie, ale łzy radości i ulgi zmąciły mój wzrok przez co nie zauważyłam pobliskiego rowu. Stojący zaledwie dwa metry ode mnie niemiecki żołnierz nie zwrócił uwagi ani gdy się przewróciłam ani gdy się podniosłam i nie zważając na krwawiące kolano szukałam czegoś w rowie. Otóż gdy upadałam zgubiłam klucz! Na szczęście po chwili go odnalazłam i gdy matka do mnie dobiegła, znów trzymałam go mocno w dłoni. Od tej chwili Mój Złoty Klucz stał się dla mnie magicznym talizmanem. Ścisnęłam go w jednej ręce a drugą sięgnęłam po dłoń matki. Momentalnie poczułam się bezpieczna i z westchnieniem ulgi mogłam skupić uwagę na tym, co się działo wokół mnie. A działo się wiele.

W pewnej odległości dojrzałam grupę „naszych”. Nad wszystkimi górował wzrostem „Parasol”, cichociemny zrzucony spadochronem tuż przed Powstaniem. Podczas niefortunnego lądowania połamał się i leczony był w naszym szpitalu. Rękę podtrzymywał na czerwonym temblaku przez co był jeszcze bardziej widoczny. Byli i inni ranni, lekarze wraz z żonami i pielęgniarki. Będąc częścią oddziału ze Starówki dołączyłyśmy się do ich grona. Wspólnie przeszliśmy kilka kilometrów za niemieckim oficerem do obozu jenieckiego. Dotarliśmy do Stalag IV-B/H w Zeithaim. Najpierw zobaczyliśmy wysokie ogrodzenie z drutu kolczastego a za nim rzędy baraków. W rogach obozu stały wieże strażnicze z uzbrojonymi w karabiny żołnierzami. Wszystkie baraki stały wzdłuż głównej, szerokiej drogi. Mniej więcej w połowie obozu znajdował się spory plac, na który, jak się wydawało, dotarli już wszyscy z naszego pociągu. Nagle ze zdziwieniem zorientowałam się, że nie trzymam matki za rękę a moja dłoń jest pusta. Byłam tak zajęta swoimi obserwacjami, że nie zwróciłam uwagi na oficera, który zapytał po niemiecku czy ktoś zna niemiecki na tyle aby tłumaczyć. Usłyszałam głos matki: „Ja znam niemiecki, mogę tłumaczyć”. Rzeczywiście, jej znajomość języka niemieckiego była wyśmienita. W domu mojej matki mówiono po żydowsku, który jest oparty na niemieckim. Również, jak to było w zwyczaju dziewcząt z jej pokolenia, uczyła się języka francuskiego. Mówiła zatem płynnie zarówno po francusku jak i po niemiecku i to bez charakterystycznego żydowskiego akcentu. Niestety ja nie miałam takich możliwości. Podczas okupacji niemieckiej edukacja polskich dzieci była ograniczona do czterech klas szkoły powszechnej, wiec gimnazjum Królowej Jadwigi, do którego się dostałam po kilku miesiącach prywatnych lekcji, i do którego uczęszczałam z przerwami od ’41 do ’44 roku nie dawało tak szerokiego wykształcenia. Nauczyciele zbierali po kilkoro uczniów i w największej konspiracji uczyli nas w różnych domach na tak zwanych kompletach. Z tego okresu szczególnym sentymentem wspominam nauczycielkę, która uczyła nas niemieckiego. I mimo, że nienawidziłam wszystkiego co było niemieckie, pamiętam, że tylko dzięki tej osobie dobrze mi szło w jej klasie.

W obozie wszyscy jeńcy pracowali. Moja matka, znając język polski, niemiecki i francuski zaczęła pracować w kancelarii – od tego momentu matka przestała być sanitariuszką. Jednak cały personel lekarski i pielęgniarski pracował z tak wielkim zaangażowaniem, że w krótkim czasie udało się osiągnąć nieznany dotąd w Zeithaim standard higieny i opieki medycznej. Naczelnym chirurgiem był ppłk. dr Tadeusz Bętkowski. Znakomite rezultaty zabiegów chirurgicznych doktora Bętkowskiego w niezmiernie ciężkich, obozowych warunkach wzbudziły podziw chirurgów niemieckich, którzy przyjeżdżali z Drezna aby go obserwować co odnotowywały niemieckie źródła jeszcze długo po wojnie.

Przydzielono nam miejsca w jednym z baraków, ja spałam na górnej pryczy, moja matka na dolnej. Myślałam, że dzięki pracy w kancelarii będziemy mieć jakieś korzyści. Nic bardziej mylnego. Tak jak innym, przez cały pobyt w obozie ciągle doskwierały nam zimno i pluskwy.

W każdym baraku były dwa małe piecyki, przy których można się było zarówno ogrzać jak i coś ugotować. Pod koniec pierwszego tygodnia matka zaproponowała Fritzowi, niemieckiemu zarządcy naszego baraku, aby dał nam garnek i codzienny przydział jedzenia na sześć osób bo chcemy sobie sami gotować. Dzięki temu udawało nam się raz dziennie zjeść gorący i smaczny posiłek. Fritz był dobrym człowiekiem. Z tego co przynosił, matka gotowała zupy na tyle odżywcze i syte, że nie czułam głodu jaki towarzyszył mi w schronie pod koniec Powstania . Fritz , który miał córkę w moim wieku od czasu do czasu przynosił mi jabłko i czasami nawet jajko. Na moją matkę patrzył z podziwem i pytał czy jest pewna, że nie jest Niemką. Zapewne uważał to pytanie za wyróżnienie i komplement.

Byłam najmłodszym jeńcem wojennym w naszym stalagu. I chyba dlatego sławny „Parasol”, który doskonale znał język angielski, zaofiarował się, że będzie mnie uczyć. Byłam przeszczęśliwa gdy raz na tydzień zjawiał się w naszym baraku. Oprócz uczenia się angielskiego słuchałam zafascynowana jak opowiadał mi o wspaniałym Nowym Yorku i o sławnym sklepie Macy’s, według niego, największym sklepie na świecie.

Gdy lekarze ze szpitala dowiedzieli się, że matka gotuje zupy, poprosili aby pacjenci po operacji, w ramach rekonwalescencji, dostawali przez tydzień wartościowe posiłki gotowane przez moją matkę. Moją rolą było dostarczenie tej gorącej zupy do pacjentów po operacji, zgodnie z otrzymywaną listą. Chodziłam zatem od baraku do baraku z dużą manierką i dawałam zupę pacjentom po zabiegach. Bardzo lubiłam to robić. Czasami, gdy zjawiłam się z gorącym posiłkiem, osoby wybudzane po narkozie myślały, że jestem aniołem a oni są w niebie.

Wkrótce wszyscy nazywali moją matkę „Ciocia”. I rzeczywiście starała się nią być dla wielu młodych, bardzo samotnych ludzi tęskniących za rodzinami. W grudniu 1944 roku, na Boże Narodzenie mama urządziła w naszym baraku wigilię. Fritz przeniósł małą choinkę, a ona z produktów z comiesięcznej paczki przysyłanej ze szwajcarskiego Czerwonego Krzyża „wyczarowała” wieczerzę wigilijną. Były łzy radości gdy obdarowywaliśmy się prezentami, ktoś przyniósł opłatek. A ja dostałam od Fritza przepiękną książkę Earl Kenig.

W porównaniu z poprzednimi latami bezlitosnej i okrutnej okupacji niemieckiej w Warszawie i exodusu po upadku Powstania, czas spędzony w stalagu IVB wydawał się nam łatwy do przeżycia, pełen przyjaźni i budzącej się nadziei. Pomimo zimna i pluskiew nie było tragicznie. Najważniejsze, że matka i ja byłyśmy razem. Wiedziałyśmy, że wojna zbliża się ku końcowi. Nasi strażnicy, podobnie do Fritza, nie byli ani z SS ani z Gestapo lecz byli żołnierzami, którzy ranni na rosyjskim froncie, z odmrożonymi nogami nadawali się tylko do pilnowania jeńców wojennych. Sami często byli ofiarami tej wojny, dla nich w tym czasie już przegranej.

W nocy 21 kwietnia 1945 rano stałyśmy wraz z mamą przed naszym barakiem i obserwowałyśmy jak dowództwo i strażnicy niemieccy opuszczali obóz. Komendant oznajmił swoim żołnierzom, że od tego dnia rozpoczynają obronę swojej ojczyzny jako wojsko podziemne w ubraniach cywilnych. Druga informacja skierowana była do nas – jeńców, że wojna w Europie się zakończyła, i że wkrótce zjawią się w naszym obozie Rosjanie, którzy załatwią dla nas transport do Polski. Ale również, że kategorycznie nie wolno nam, zwłaszcza kobietom, opuszczać terenu obozu ponieważ rosyjscy żołnierze zachowują się jak watahy drapieżnych zwierząt.

Och! mój Boże! Czy naprawdę już jest po wojnie? Dzień, o którym marzyłyśmy tysiące razy przez prawie sześć lat stał się rzeczywistością? Tak! Tak! wojna się skończyła. Nagle znalazłyśmy się w swoich ramionach i płacząc ze szczęścia, całując się skakałyśmy z radości jak dzieci. Inni wokół nas robili to samo. I nagle, w tym samym momencie poczułyśmy ogromny brak ojca. „Jakiż on byłby szczęśliwy, że wojna się skończyła i że Niemcy zostali pokonani” powiedziała matka. A ja zanosząc się płaczem jak małe dziecko myślałam o tym, jak on strasznie cierpiał zanim zginął, zaledwie niecały rok temu.

Pamiętaj – mówiła matka głosem pełnym łez – On nam kazał przeżyć i zrobiłyśmy to, a teraz musimy żyć tak, żeby był z nas dumny.

Zgodziłam się bez słowa. Najważniejsze zadanie wykonane. Przeżyłyśmy wojnę. Pomimo zagrożenia jaką niosła konspiracja, ukrywanie matki, przemycanie broni, trzymanie w domu radia, Powstanie, obóz….. z pomocą przyjaciół, którzy sami ryzykowali życiem – przeżyłyśmy i w tym momencie obie wiedziałyśmy, że rozpoczynamy kolejny rozdział naszego życia. Gdzie i jak ułoży się ten rozdział było dla nas ogromną tajemnicą ale dla mnie również początkiem nowej i ekscytującej przygody. Włożyłam rękę do kieszeni, delikatnie dotknęłam klucza prosząc w myśli, by nadal pozostał moim talizmanem, bo przecież bez wątpienia jego „magiczna” moc będzie mi potrzebna.

23 kwietnia 1945 roku do obozu wkroczyła armia radziecka wraz z sowieckim personelem medycznym. Polski pułkownik, dr Leon Strehl objął opieką lekarską cały polski obóz wraz z sąsiednimi obozami jeńców włoskich i radzieckich. Matka poszła do szpitala pomagać pielęgniarkom a ja z za płotu obserwowałam rosyjskie wojsko na koniach. Wszyscy wydawali mi się mali, nie jak nasi ułani i wszyscy mieli azjatycki wygląd. Przejeżdżali szybko obok nas nie patrząc w naszym kierunku a wyglądali jakby byli przyszyci do swoich małych koni jakąś niewidoczną nicią. Ktoś przy mnie powiedział, że to Kozacy z Azji i teraz tu, w Niemczech, zachowują się jak dzikie bestie. Między setkami jeźdźców jechały ciężarówki, które były wyposażone w wąskie i długie wyrzutnie rakietowe. Stojący obok mnie mężczyźni podekscytowani krzyknęli: spójrzcie, spójrzcie! To są te sławne rosyjskie „katiusze”. Ależ nie! to nie było możliwe – pomyślałam. Przecież katiusze były bronią niemiecką, której my, powstańcy baliśmy się najbardziej. Charakterystyczny dźwięk, połączenie świstu i huku jakby hałas przesuwanej szafy, wydawany przez lecące w powietrzu pociski wzbudzały we mnie uczucie panicznego lęku. Siedząc w schronie zastygałam w martwym oczekiwaniu, prawie mdlałam nie wiedząc, gdzie spadną śmiercionośne pociski. Przez te 20 sekund przeraźliwego świstu nie wiedzieliśmy czy to nie my jesteśmy kolejnym celem ostrzału. Nazywaliśmy te wyrzutnie szafami albo krowami. Z niedowiarą przyglądałam się teraz rosyjskim katiuszom, cichym, bezgłośnym, spokojnym, majestatycznie przesuwającym się pomiędzy Kozakami. Pomimo ostrzeżeń, niektórzy z naszych chłopców zdecydowali się wyjść poza granice obozu i dzięki temu co przynieśli pozwoliło nam zmienić cześć naszego baraku we wspólny pokój spotkań. Stworzyliśmy miejsce, gdzie wieczorem spędzaliśmy czas, rozmawiając o końcu wojny i o naszych planach. Na zbitym z desek stole położyłyśmy biały obrus, ten sam, którym matka i ja byłyśmy okryte gdy poddawałyśmy się do niewoli po Powstaniu. Znalazł się wazon pełen wiosennych kwiatów i nagle nasz barak jak za pomocą zaczarowanej różdżki zamienił się w mieszkanie… Ale na czym ludzie będą siedzieć? zapytałam. Jeden z chłopców miał pomysł. W pobliżu obozu było złomowisko. On i kilku jego przyjaciół przynieśli wyciągnięte siedzenia z aut i nagle nasz pokój miał bardzo wiele wygodnych chociaż niskich foteli.

Tego pierwszego wieczoru po wyzwoleniu obozu wiele osób zebrało się w naszym baraku. Rosjan jeszcze nie było, a Niemcy jakby zapadli się pod ziemię. Każdy przyniósł coś do jedzenia i nawet zjawiła się butelka wina, które piliśmy z metalowych kubków. Czy to naprawdę jest już koniec wojny? Gdzie jest Hitler? Co z wojną z Japonią? Co się dzieje w Polsce? Czy naprawdę Stalin wysyła naszych do Syberii? A może staniemy się uciekinierami pozostawiając ojczyznę, dla której niecały rok temu byliśmy gotowi poświecić nasze życie? Było wiele osób, dla których wybór był łatwy. Mieli dokąd i do kogo wracać. W Polsce czekały na nich rodziny i każdy dzień czy nawet godzina oczekiwania na transport do Polski była dla nich wiecznością. Gdyby ojciec żył lub był z nami to myślę, że cała nasza trójka myślałaby tylko o powrocie. My oprócz siebie nie miałyśmy już nikogo. Nagle te pytania wzbudziły we mnie lęk. Spojrzałam na matkę ponad głowami ludzi i nasze oczy się spotkały. Tak, jej spojrzenie również mówiło, „ ja też się boje”, ale jak długo będziemy razem wszystko będzie dobrze”. Uśmiechnęłam się do niej i przypomniałam sobie, że przecież w dalszym ciągu mam mój klucz, więc na pewno nic złego nam się nie stanie.

Ponieważ ludzie ostrzegali nas, że za przynależność do Armii Krajowej, powiązanej z polskim rządem emigracyjnym w Londynie, grozi nam zesłanie na Syberię. Długo rozmawiałyśmy z matką i w końcu postanowiłyśmy nie wracać do Polski. I tak rozpoczęła się nasze droga na zachód.

Łaba stanowiła granicę pomiędzy radziecką i amerykańską strefą okupacyjną na terenie Niemiec. Aby dostać się do zony amerykańskiej musiałyśmy przejść przez most, który był strzeżony przez kobietę w rosyjskim mundurze. Matka natychmiast zasypała młodą Rosjankę francuskim słowotokiem a za pomocą rozpaczliwych gestów dała jej do zrozumienia, że jestem głuchoniema. Pokazała jej również list po francusku, w którym było napisane, że jesteśmy Francuzkami w drodze do Paryża. Po jednym litościwym spojrzeniu w moim kierunku otworzyła się przed nami furtka i przeszłyśmy przez most. A więc pierwszy krok na zachód był za nami. Byłyśmy na zachodzie. Uścisnęłam z wdzięcznością mój klucz w kieszeni i z westchnieniem ulgi szepnęłam: „dziękuję”.

Lipsk przywitał nas zielenią, czystością i amerykańskimi żołnierzami. Wobec tego, że w obozie uczyłam się angielskiego, matka kazała mi zapytać się jednego z żołnierzy jak możemy się dostać do Paryża. Amerykanin uśmiechnął się do mnie i odpowiedział coś w języku, którego w ogóle nie zrozumiałam. Próbowałam wytłumaczyć matce, że uczyłam się „Królewskiego Angielskiego”, którym Amerykanie nie władają. Na szczęście zostałyśmy skierowane do autobusu z literami UNRRA ( Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy, z ang. United Nations Relief and Rehabilitation Administration), który zabrał nas i wielu innych do punktu pomocy uchodźcom i osobom wysiedlonym. Patrzałam przez okno autobusu na miasto i zastanawiałam się, gdzie ta nowa przygoda nas dowiezie. Tak, definitywnie czułam, że z każdym kilometrem na zachód robiłyśmy się bardziej wysiedlone. Wprawdzie mnie to podniecało ale, jak domyślałam się z jej wyglądu, niepokoiło moją matkę. Starałam się ją uspokoić, że jest już po wojnie i już nie grozi nam śmierć tylko dlatego, że nie jesteśmy Aryjczykami i jestem pewna, że wszystko dobrze się skończy. Dotarłyśmy do Centrum dla uchodźców. Następnego dnia rano, po przespaniu nocy na materacach ułożonych bezpośrednio na podłodze. Jak tylko zjadłyśmy śniadanie matka, mówiąc swoim najlepszym francuskim, zapytała gdzie są autobusy do Paryża bo, jak dodała, czeka na nas jej siostrzeniec. Autobus z wielkim znakiem Francja oczekiwał na pasażerów we wskazanym miejscu i gdy wsiadłyśmy do niego, znalazłyśmy miejsca na samym końcu. Miałyśmy nadzieję, że nie zostaniemy przez nikogo zauważone. Niestety, mężczyzna, który wszedł do autobusu
i rozmawiał z każdym z pasażerów podszedł również i do nas i po zamienieniu z matką kilku słów, grzecznie poprosił abyśmy wysiadły i wzięły autobus do Polski. Gdy zobaczył nas ponownie w innym autobusie do Francji, nie był już tak
uprzejmy. Kolejnego dnia gdy znalazł nas w jeszcze innym francuskim autobusie, przez zaciśnięte zęby prawie krzyknął: „Poland” i osobiście podprowadził nas to polskiego autobusu i nawet poczekał, aż do niego wsiądziemy. Gdy tylko odszedł wyszłyśmy bo ja koniecznie musiałam pójść do toalety. Kiedy wróciłyśmy widziałyśmy już tylko jak nasz autobus, pełen szczęśliwych rodaków, odjeżdża do Polski – drogą na wschód.

Był piękny wiosenny poranek i my, albo raczej ja zadecydowałam, że powinnyśmy usiąść na ławce pod kwitnącym drzewem, z dala od naszego francuskiego „prześladowcy” i przemyśleć, co robimy dalej. Czułam, że matka zaczyna się zastanawiać czy może rzeczywiście nie powinniśmy być w grupie naszych rodaków bo powiedziała, że możliwe, że Syberia nie jest aż tak zimna jak sobie wyobrażamy. Mimo, że byłam zmęczona udawaniem głuchoniemą powiedziałam jej tylko, że absolutnie nie pozwolę aby użyła mój klucz do ogrzania jakiegokolwiek domu na Syberii. Matka, w obawie przed migreną zamknęła na chwilę oczy. Próbując zebrać myśli sięgnęłam po mój ukochany talizman i w kieszeni dotknęłam ołówek i mały notesik. Naprzeciwko nas na ławce siedział najbardziej jasnowłosy chłopak jakiego kiedykolwiek widziałam wiec postanowiłam go narysować. Gdy mały szkic był gotowy, matka chłopca poprosiła, że chce go obejrzeć i zachwycona moją pracą rozpoczęła rozmowę z moją matką po niemiecku. Gdy usłyszała naszą historię pomyślała chwilę i powiedziała coś co okazało się dla nas prawdziwym cudem. „Dlaczego nie powiecie, że jesteście Holenderkami a po dojeździe do Holandii weźmiecie pociąg do Paryża?”. Matka natychmiast powiedziała, „ale przecież my nie mówimy po holendersku” na co usłyszała odpowiedź. „O to się nie martwcie, jeżeli mówicie po niemiecku mój syn Hans i ja nauczymy was mówić po holendersku w ciągu kilku godzin”. Następnie nasza nowa przyjaciółka Helga opowiedziała nam swoja wojenną historię. Przed wojną wraz z mężem i synem mieszkali w Den Haag, mieście, które było zbombardowane przez Niemców w ’41 roku. Dom, w którym mieszkali zawalił się i jej mąż zginął pod gruzami. Kilka miesięcy mieszkała z krewnymi i w końcu zdecydowała się na pracę jako pomoc domowa w Niemczech gdzie wyjechała z synem. Matka zanotowała adres tego przedwojennego domu Helgi i jej historia stała się naszą. Kilka kolejnych godzin spędziłyśmy na „nauce” holenderskiego. Rozmawialiśmy po niemiecku i wszystkie słowa
z literą „G” zamienialiśmy na bardzo gardłowe „H”. A więc GUT MORGEN zamieniło się na GHUT MORGHEN i tak dalej. Wprawdzie trochę bolało mnie gardło ale to definitywnie było lepsze niż udawanie, że jestem głuchoniema.

Następnego ranka omijając szerokim łukiem francuskie stanowiska, dotarłyśmy do autobusu z nazwą Holland. Wsiadłyśmy z naszymi nowymi przyjaciółmi i gdy wszedł kontroler przywitaliśmy go Ghut Morghen głosem pewnym, pełnym serdeczności i radości, jaki kiedykolwiek słyszał. Pojechaliśmy na dworzec kolejowy, który choć był częściowo zrujnowany to na jednym z ocalałych torów czekał na nas pociąg pasażerski z wielkim napisem UNRRA.

Po bombardowaniach aliantów wiele torów kolejowych w Niemczech było nieprzejezdnych zatem podróż z Lipska do Amsterdamu trwała pięć dni. Mój przyjaciel Hans miał mapę Niemiec więc mniej więcej wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Mijaliśmy po drodze wiele zrujnowanych miast ale przeważnie przez okno pociągu, od którego nie mogłam oderwać oczu, widziałam bezkresne zielone pola i małe wioski pełne białych domów z czerwonymi dachami.

Zrobiło nam się smutno gdy Helga z Hansem w Arnhem, gdzie mieszkali ich krewni. Po pożegnaniu i dziękowaniu im bezgranicznie dojechałyśmy pociągiem do Amsterdamu. Od razu na stacji, używając nasz własny niemiecko-holenderski język matka zapytała policjanta skąd odjeżdżają pociągi do Paryża. Efekt był niespodziewany i błyskawiczny. Zostałyśmy oskarżone o szpiegostwo na rzecz Niemiec i zamknięte w policyjnym aucie. Matka cały czas trzęsła się ze strachu ale ja byłam raczej podekscytowana nową przygodą i próbowałam ją zapewnić, że na pewno nic nam nie grozi. Pamiętam, że gdy szybko jechałyśmy mijając śpiące miasto byłam ciekawa nie „czy” ale „kiedy” będę miała okazję zwiedzić je za dnia. Ale wówczas, w nocy z 24 na 25 maja 1945 roku, znalazłyśmy się w więzieniu w Amsterdamie. Ogromnym budynku, otoczonym kanałami, do bramy którego dojeżdżało się po moście.

Po wzięciu odcisków palców i odebraniu nam wszystkich ostrych rzeczy zostałyśmy powierzone opiece młodej kobiecie w mundurze, która miała nas umieścić w naszych celach. Matka kurczowo trzymała moją rękę i bez znaczenia co do niej mówiono nie ustępowała powtarzając bez przerwy, że będziemy razem w jednej celi. Po kilku minutach widząc, że matka nie da za wygraną i nie chcąc używać siły, strażniczka otworzyła drzwi celi i umieściła nas razem. Następnego dnia były moje szesnaste urodziny i ściskając w kieszeni mój klucz śmiałam się w duchu, że spędzenie ich w więzieniu będą zapewne niezapomniane. Zanim kilka minut potem zgasło światło, miałyśmy szansę zobaczyć wnętrze naszego nowego lokum. Wszystko było w kolorze szarym i wyglądało jakby było wyrzeźbione w brudnym śniegu. Mały stolik, jedno krzesło, ubikacja z pokrywą i mały zlew były jedynym wyposażeniem a łóżkiem był szary hamak z ciemnymi kocami. Za oknem widziałyśmy grube kraty. Byłam tak zmęczona po pięciu dniach podróży bez możliwości wyciągnięcia się na jakimkolwiek łóżku, że jeszcze zanim mama rozścieliła koc, ja już spałam w hamaku. Matka położyła się koło mnie. Spałyśmy tak głęboko, że następny odgłos, który usłyszałyśmy to otwierające się małe okienko w drzwiach, w którym pojawił się dosyć duży talerz wypełniony pozbawioną smaku białą, kaszowatą substancją na mleku. O, co ja bym wówczas dała za szczyptę soli jako urodzinowy prezent. Matka powiedziała „Sto Lat” i z uśmiechem powtórzyła swoje ulubione powiedzenie: „To też minie”. Niebo, które wiedziałyśmy przez okno było szare, padał deszcz. Do jedzenia matka usiadła na krześle a ja na ubikacji. Skończyłyśmy śniadanie i ledwo miałyśmy czas umyć twarz i uczesać włosy kiedy drzwi celi otworzyły się i zostałyśmy wyprowadzone przez uśmiechniętą strażniczkę do tak zwanego pokoju dziennego. I tak rozpoczął się nasz czterodniowy pobyt w więzieniu gdzie w sąsiednich celach trzymani byli mordercy, z którymi mijaliśmy się podczas obowiązkowego, codziennego spaceru na dachu więzienia.

Ku naszemu zaskoczeniu, w pokoju dziennym spotkałyśmy wiele osób, które tak jak my przywędrowały do Holandii w drodze na zachód zamiast na wschód. Niektórzy z nich byli kilka dni, inni tydzień ale wszyscy byli źli, że teraz gdy wojna się skończyła muszą być w więzieniu pomiędzy pospolitymi przestępcami. Najbardziej rozgoryczeni byli więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy na ramionach mieli wytatuowane numery. Opowiadania o tym gdzie byli, kogo stracili i jakim cudem się uratowali wypełniały długie godziny, które razem spędzaliśmy w pokoju dziennym. Tam też dostawaliśmy lunch, zazwyczaj stamppot. To prosta ale pożywna potrawa tradycyjnej kuchni holenderskiej – ziemniaki utłuczone razem z marchewką, w środku z miejscem na sos z małymi kawałeczkami mięsa. Wieczorami zamykano nas z powrotem w celach.

Trzeciego dnia wpadłyśmy na pomysł, że jak Mahatma Ghandi, rozpoczniemy protest głodowy, aż zjawi się ktoś z polskiego konsulatu i nam pomoże. To była bardzo dobra decyzja, gdyż natychmiast zjawił się polski vice konsul, który zagwarantował, że wszyscy urodzeni w Polsce nie będą traktowani jako niemieccy szpiedzy, i że musimy być wypuszczeni z więzienia. I rzeczywiście, już następnego dnia miałyśmy zostać przetransportowane do dużego centrum UNRRA dla uchodźców w Eindhoven. Mając wolne przedpołudnie postanowiłyśmy przejść się na mały spacer po Amsterdamie. Pamiętałam, że pomiędzy swoimi głęboko ukrytymi skarbami matka miała małą złotą holenderską monetę. Gdy przechodziłyśmy koło fryzjera zaproponowałam, abyśmy umyły głowy i obcięły włosy. Jakie to było wspaniałe uczucie gdy spojrzałyśmy się na siebie. Jakie byłyśmy piękne…. Niestety nasza radość nie trwała długo bo gdy matka chciała zapłacić złotą monetą wzbudziło to nieufność i konsternację fryzjera. Podczas powstałego zamieszania zjawił się przy nas policjant. Na szczęście miałyśmy papier z polskiego konsulatu i sprawa została wyjaśniona. Właściciel przeprosił nas za podejrzliwość i w ramach przeprosin nie policzył nam za usługę, więc dziękując wyszłyśmy z salonu z monetą w ręku chowając ją z powrotem pomiędzy skarbami. Pamiętam jak byłam rozczarowana, bo miałam nadzieję, że mama zapłaci tą monetą za mój urodzinowy posiłek w „najlepszej” restauracji w Amsterdamie. Niestety, ze względu na kolejny stres moja mama znowu była rozstrzęsiona. Postanowiłam zatem, że ekskluzywny posiłek może poczekać a matce obiecałam, że już nigdy więcej nie będę jej narażać na „niespodziewane” kontakty z policjantami.

Następnego dnia wylądowałyśmy w obozie przejściowym dla uchodźców w Eindhoven, gdzie podczas kilku następnych tygodni znowu spałyśmy na materacach ułożonych na podłodze, pośród obcych ludzi. I znów zasypiałam z ręką w kieszeni ściskając kurczowo swój klucz wierząc w jego magiczną moc. Prosiłam, aby nasze powojenne dzieje zakończyły się tym o czym obydwie marzyłyśmy. Wygodnym domem
z firankami i obrusem dla matki i szkołą artystyczną dla mnie.

Marzenie zaczęło się spełniać w ciągu miesiąca, gdy przy pomocy wielu ludzi i organizacji otrzymałyśmy telegram z Nowego Jorku od brata i bratowej matki. Pamiętam każde słowo tego telegramu. „Szczęśliwi, że żyjecie. Załatwiamy dla was wizy. List w drodze”.

Otrzymanie wizy trwało półtora roku, od lipca ’45 do lutego ’47 bo musiałyśmy czekać na polski przydział imigracyjny aby dotrzeć do Ameryki legalnie. Listy i paczki przychodziły regularnie a w nich, pomiędzy wieloma innymi rzeczami otrzymywałam przeróżne materiały dla plastyków. Mieszkałyśmy już wówczas w małym mieszkanku w centrum Eindhoven, do którego chętnie przychodzili nauczyciele z lokalnego gimnazjum aby udzielać mi prywatnych lekcji. Nauczyłam się angielskiego i sztuki wizualnej na tyle, że w ciągu kilku tygodni po dotarciu do Nowego Jorku byłam w stanie dać sobie radę w gimnazjum artystycznym i aby w czerwcu 1949 po skończeniu szkoły dostać pracę w Paramount Studio, w wydziale animacji. Czasami marzenia spełniają się same. Marzenia, o których nawet nie wiemy, że o nich marzymy.

18 lutego 1947 roku nadszedł dzień naszego wejścia na pokład statku.
Z niewielkimi walizkami wkroczyłyśmy do kabiny holenderskiego transatlantyku „Noordam”, który choć mały był całkiem nowy a nam wydawał się niezwykle luksusowy. Następnego ranka, ubrana w najlepszą parę spodni z głębokimi kieszeniami, z dłonią spoczywającą na moim kluczu, weszłam do wspaniałej jadalni i zabrałam się za zamawianie większości potraw, które były w karcie. Czekając na jedzenie, spojrzałam przez duże prostokątne okna na gigantyczne fale i kiedy kelner szedł z pierwszym daniem mojego zamówienia, minęliśmy się w wejściu do jadalni. Uśmiechnął się szeroko, ja zaś zaciskając usta w obawie, że zwymiotuję na piękny dywan, pobiegłam szukać schronienia w swojej kabinie. Podczas całej podróży przez ocean pogoda była bardzo sztormowa, a moja choroba morska nie ustępowała. Marzyłam o wyszukanych potrawach serwowanych w jadalni i nawet poprosiłam swój klucz o pomoc, jednak do ostatniego dnia rejsu dręczyła mnie uciążliwa choroba morska.

Kiedy wreszcie ucichł dźwięk silników, wiedziałam, że nasza podróż dobiegła końca. Po wyjściu z kajuty na pokład, ku swej radości ujrzałam bezchmurne niebo oraz zachodzące za horyzontem, jarzące się pięknym blaskiem słońce. Pojawiła się informacja, że przez całą noc statek pozostanie zacumowany w tym samym miejscu w oczekiwaniu na otwarcie urzędów na Ellis Island, aby pasażerowie wymagający kontroli mogli przejść przez odprawę.

Na pokładzie przy jednej z burt znalazłam miejsce, z którego widziałam Statuę Wolności, a kiedy niebo pociemniało, obserwowałam, jak światło jej gigantycznej pochodni rozświetla morską toń. Zbyt podekscytowana by zasnąć, stałam tam godzinami pozwalając, aby niekończący się ciąg magicznych marzeń o moim nowym życiu
w Ameryce przepływał przed oczami mojej wyobraźni. Wpatrując się w płomień pochodni, jak zwykle trzymałam w dłoni czarny klucz spoczywający w kieszeni. I wtedy pojawiła się nagła myśl. „Czyż nie jestem u progu Ameryki?”, zapytałam samą siebie. „Czemu by nie wyobrazić sobie złotych wrót a następnie pozwolić, aby mój klucz je otworzył?” Zaśmiałam się głośno. Ależ oczywiście, tyle że do tego celu musi on być złoty a nie czarny. Rozejrzałam się dookoła, aby upewnić się, czy nikt nie patrzy, znalazłam szybko swój scyzoryk, wyjęłam klucz i zaczęłam zeskrobywać z niego czarną powłokę, odsłaniając jego złoty blask. Pobiegłam do kabiny, aby podzielić się moją radością z matką, a potem ponownie na pokład, gdzie spędziłam resztę nocy usuwając pozostałą część czarnej powłoki i uwalniając całe piękno swego Złotego Klucza. Czułam się bardzo szczęśliwa, że było wreszcie na tyle bezpiecznie, aby pozwolić mu lśnić.

Irena Polkowska Rutenberg

Powiązane Posty

DZIECI WOJNY

Dzieci Wojny

Rozpoczynam cykl wspomnień Dzieci Wojny. Czasami dziwi mnie jak żywe są moje wojenne wspomnienia i z jaką łatwością przychodzi mi dzielenie się nimi pomimo, że to co opisuję działo się przeszło siedemdziesiąt lat temu. Wiem, Czytaj więcej…

DZIECI WOJNY

BĘDZIE WOJNA

Zza ściany dobiegał głos ojca. „Mówię ci. Wojna wybuchnie lada chwila….Tak, jestem tego pewny. Wczoraj wieczorem w radio udało mi się złapać przemowę Hitlerai wysłuchałem prawie całą. Ten szaleniec jest gotowy …… już niedługo zaatakuje Czytaj więcej…