MÓJ PIES JOHN

W pokoju szybko zrobiło się ciemno. Nagle otoczyły mnie cisza i smutek. Siedziałam na swoim łóżku, wszystko wokół mnie wydawało się pozbawione kolorów, a ja czułam się pogrążona w oceanie samotności. Kalendarz wiszący na ścianie pokazywał datę moich urodzin. Dobitnie obwieszczał, że jest 25 maja 1941 roku. Dzięki złotym ornamentom, którymi przyozdobiłam cyfry, byłam w stanie dostrzec datę nawet w panującym w pokoju półmroku. Odkąd usłyszałam, że mogę zaprosić swoje przyjaciółki na urodziny, nie byłam w stanie myśleć o niczym innym. A teraz było już po wszystkim. Urodziny się skończyły, moje przyjaciółki wyszły a wraz z nimi ulotniły się radość i śmiech.

Wychodziły w pośpiechu, niemal bez pożegnania. Zajmie im prawie pół godziny zanim przed zamknięciem o godzinie 18.00 dotrą do bramy getta. Zasadę zamykania bramy o szóstej wprowadzono niedawno. Dowiedziałam się o tym, czytając obwieszczenie na dużych plakatach kilka tygodni temu. Moje przyjaciółki mieszkały tam, gdzie nakazali im Niemcy, ale mogły spędzać czas razem i chodziły razem do tajnej szkoły. Choć i mnie, podobnie jak moją matkę, Niemcy uznaliby za Żydówkę, mieszkałam poza gettem. Wiedziałam, że grozi to natychmiastowym aresztowaniem, zarówno nam jak i wszystkim, którzy wiedzieli o naszym pochodzeniu.

Słyszałam ich serdeczny śmiech, gdy zbiegały po schodach i żałowałam, że nie mogę iść z nimi. A przecież wiedziałam, że życie w obrębie getta, gdzie mieszkały było straszne, a życie poza nim, gdzie mieszkałam ja było nieco lepsze. Pamiętam, co powiedziała do mnie mama Irenki, ponaglając dziewczynki, aby włożyły swoje płaszcze. „Powinnaś czuć się szczęśliwa”, rzekła, dostrzegając mój smutek i przemawiając do mnie jak do osoby dorosłej, „Ty przetrwasz, a my wszyscy możemy zginąć”. Nie całkiem zrozumiałam, co miała na myśli, ale jej słowa wywołały we mnie uczucie niepokoju i lęku. Coraz częściej zdarzało się, że czułam się w ten sposób.

Siedziałam na łóżku, nie mając ochoty wstać ani opuszczać swojego pokoju, w którym nadal wyczuwałam ich obecność. Muszę się z tego otrząsnąć, pomyślałam, wyjść z pokoju z radosnym uśmiechem i okazać rodzicom, jak bardzo doceniam to, że zgodzili się na odwiedziny moich przyjaciółek. Aby zmienić nastrój, zaczęłam ponownie oglądać swoje urodzinowe prezenty. Te, które dostałam od przyjaciółek, leżały ułożone w mały stosik obok mnie i wszystkie były wykonane własnoręcznie. Zawsze robiłyśmy dla siebie nawzajem prezenty na urodziny i były one bardzo szczególne. Rutka zrobiła dla mnie małą książeczkę, której okładka była ozdobiona kwiatami. Zastanawiałam się, czy w getcie miała kwiaty do odrysowania czy też musiała wykorzystać jakiś obrazek. Iza dała mi małą poduszeczkę na szpilki, na której była wyhaftowana roześmiana twarz. Była bardzo zręczną hafciarką, dużo bieglejszą ode mnie. Byłam pewna, że moja matka mi to wypomni, gdy zobaczy prezent od niej.

Najlepszy ze wszystkich podarków był na samym spodzie. Dostałam go od Irenki. Była to ramka zrobiona z patyków i sznurka, pokryta małymi serduszkami namalowanymi różnymi kolorami. W ramce znajdowało się zdjęcie nas obu, które jej tato zrobił nam dwa lata przed wojną. Byłyśmy obie przebrane w niezbyt gustowne sukienki o różnych odcieniach różu. Pomiędzy nami spoczywała ulubiona lalka Irenki wystrojona w bardzo elegancką różową suknię i przyozdobiona błyszczącymi koralami. Widok zdjęcia sprawił, że łzy napłynęły mi do oczu. Och, jakże cudownie beztrosko i radośnie na nim wyglądałyśmy. Trudno było sobie wyobrazić, że zdjęcie zostało zrobione niecałe trzy lata temu.

Podobały mi się wszystkie otrzymane prezenty, lecz jakoś nie zmieniły mojego nastroju ani nie wywoływały radości. Pomyślałam, że nie było w tym nic dziwnego. Z powodu wojny ludzie nie powinni czuć się szczęśliwi. Wiedziałam o tym, a jednak podczas tych kilku godzin spędzonych ze swoimi przyjaciółkami, szczególnie z moją najbliższą przyjaciółka Irenką, czułam się szczęśliwa.

Uświadomiłam sobie także, jak bardzo brakowało mi ich towarzystwa. Nie widziałam się z nimi prawie przez rok, odkąd przeprowadziły się ze swymi rodzinami do żydowskiej dzielnicy, która była obecnie nazywana gettem. Teraz przyszły do mnie z wizytą jako mała grupa bliskich sobie koleżanek. Zrobiło mi się bardzo smutno gdy sobie uprzytomniłam ze ja już do tej grupy nie należę. Pielęgnowały swoje przyjaźnie i miały dość czasu na to, aby dzielić się ze sobą tym, co było dla nich ważne. Tak jak te opowieści, które usłyszałam dzisiaj.

Chciałam dowiedzieć się od nich o wszystkim, szczególnie zaś delektowałam się wszelkimi szczegółami na temat ich szkoły. Ze śmiechem opowiadały mi, że jej tajna siedziba mieściła się w piwnicy, gdzie śmierdziało zgniłymi ziemniakami. Dobrze znałam ten zapach i natychmiast poczułam, jakbym sama była nim otoczona. Opisywały swojego zabawnego i łysego nauczyciela, który chciał aby tytułowały go doktorem, ponieważ był wykładowcą uniwersytetu. Zanosiłam się od śmiechu gdy Irenka ze śmiesznym akcentem nazywała nas młodymi pannami, przez cały czas szukając okularów, które wcześniej umieściła na czole. Nie mogłam się wprost nasycić tymi opowieściami. Ale największe poczucie osamotnienia wywoływały we mnie szeptane w tajemnicy wyznania o tym, jak się czuły, gdy któryś ze szczególnie ładnych i bystrych chłopców spojrzał poprzez pokój w ich kierunku i mrugnął do nich.

Ogarnęła mnie fala samotności. Poczułam dobrze mi znany lekki ból w klatce piersiowej, który teraz przybrał na sile i w każdej chwili mógł zamienić się we lży. Nie miałam żadnych przyjaciół w moim wieku. Miałam to surowo zabronione. Pamiętam rozmowę na ten temat z ojcem: „Wiesz, że przechowujemy tu dużo broni. Tak?”, zapytał. „Tak”, skinęłam głową potwierdzając. „I wiesz, że nie możemy wpuszczać żadnych osób, co do których nie mamy pełnego zaufania, że nas nie wydadzą. Tak?”. Kolejne skinienie głowy z mojej strony. „Więc rozumiesz, dlaczego nie mogą odwiedzać cię przyjaciółki. One lub członkowie ich rodzin mogliby okazać się nieostrożni i mogliby nas zdradzić. Prowadzimy wojnę i każdego z nas kosztuje to wiele poświęceń.” Nienawidziłam brzmienia tego ostatniego zdania, które dorośli często powtarzali w rozmowach ze mną.

Gdy przyszedł mi do głowy pomysł, aby poprosić rodziców o urodzinowe spotkanie z przyjaciółkami, zwróciłam się do nich, mówiąc: „Rozumiem, że z powodu wojny ponosimy różne ofiary, ALE ja proszę tylko o ten jeden raz. Czy mogłabym zaprosić Irenkę, Izę i Rutkę? Tylko je trzy, one są moimi przyjaciółkami od dawna i bardzo za nimi tęsknię. Poza tym one wszystkie mieszkają w dzielnicy żydowskiej”.

Matka nie powiedziała nic, a ojciec popatrzył na mnie, pomyślał przez chwilę, uśmiechnął się i rzekł, „Dobrze, ten jeden raz możesz je zaprosić. Niech przyjdą na trzy godziny po południu, tylko obiecaj, że będziesz je gościć jedynie w swoim pokoju”. Oszalałam z radości. Od miesięcy nie rozmawiałam z nikim w moim wieku. Miałam nauczycielkę, która codziennie przychodziła do naszego domu, aby mnie uczyć, przez cały czas czytałam i dużo pisałam w swoim pamiętniku, jednak to wszystko było płaskie jak papier. Pragnęłam kontaktów z prawdziwymi przyjaciółkami i najbardziej nienawidziłam wojny za to, że mnie od nich oddzieliła.

A teraz nie będzie okazji do takiego spotkania przez kolejny rok”, pomyślałam z rozgoryczeniem. Spojrzałam na kalendarz i pośród moich mrocznych myśli zaczęła kiełkować drobna nutka nadziei. Mogłabym znów zaprosić je w przyszłym roku i od tej chwili dzieliło mnie jedynie 365 dni. „Nie, to się nigdy nie wydarzy”, natychmiast porzuciłam tę myśl. Wszyscy mówili, że getto zostanie wkrótce zamknięte na dobre i od tego czasu jedynie osoby posiadające specjalne zezwolenia będą w stanie do niego wchodzić i je opuszczać. A urodzinowe spotkanie poza murami getta nie będzie przecież wystarczającym powodem, aby otrzymać zezwolenie.

Westchnęłam głęboko, wydając z siebie jedno z tych dorośle brzmiących westchnień, które wydawało się dochodzić z miejsca, gdzie, jak sądziłam, mieściło się moje serce. Jednak doszłam do wniosku, że nic z tego nie będzie i to przez długi czas, aż WOJNA SIĘ SKOŃCZY. Tylko czy ona kiedykolwiek się skończy? Niektórzy ludzie zaczęli w to wątpić. Słyszałam to w ich głosach na ulicach oraz w sklepach, do których czasem chodziłam kupować jedzenie. W naszym domu wiedzieliśmy, że pewnego dnia wojna dobiegnie końca i że to my zwyciężymy. Było tak z powodu ukrytego głęboko pod łóżkiem rodziców nadajnika krótkofalowego, dzięki któremu późnymi wieczorami mogli słuchać wiadomości. Niemcy przegrają wojnę. Pan Churchill obiecywał to każdego dnia, a broń ukryta w naszym domu miała pomóc aliantom ich pokonać.

Gdy z kolejnym głębokim westchnieniem uczucie ucisku w mojej klatce piersiowej zelżało, zaczęłam „trawić” przeżycia z mojego urodzinowego spotkania. Podobało mi się to słowo i jego znaczenie. Siedem żołądków, jakie mają krowy, pozwalają im stopniowo i po kolei przetrawić całe zjedzone pożywienie. Mogłam zrobić coś podobnego ze swoimi urodzinami. Później, przed zaśnięciem, gdy będę sama, mogę znów je przeżyć, usłyszeć, posmakować. Mogę to zrobić dziś jak i przez wiele kolejnych wieczorów.

Odłożyłam swoje prezenty i poczułam, że jestem już gotowa, aby dołączyć do rodziców siedzących w jadalni i pokazać im, że czuję się szczęśliwa. Gdy tam weszłam, zobaczyłam Franka, przyjaciela mojego ojca, który przyszedł do nas z Johnem, swym dwuletnim owczarkiem niemieckim przywiezionym z Anglii. Uwielbiałam tego psa i znałam go od szczeniaka. Wciąż pamiętałam słodki szczenięcy zapach, który pozostawił kiedyś na mojej poduszce. Byłam wtedy chora, a ojciec położył go przy mnie na łóżku, aby dotrzymał mi towarzystwa.

Wiedząc, jak bardzo lubiłam jego psa, Frank zawsze zabierał go ze sobą do naszego domu, ilekroć przychodził porozmawiać z moim ojcem. Gdy John urósł, z tymi błyszczącymi brązowymi oczami i miękką beżowo-czarną sierścią wydawał mi się najpiękniejszym zwierzęciem, jakie kiedykolwiek żyło pośród ludzi. Moim ulubionym pisarzem był Jack London i szczególnie zachwycały mnie jego książki o psach. Gdy czytałam te opowieści, w rolach psich bohaterów zawsze widziałam Johna.

Kiedy weszłam do pokoju, gdzie siedzieli dorośli, usłyszałam fragment ich rozmowy. Frank miał być potajemnie wysłany do Anglii i potrzebował kogoś zaufanego, komu mógłby powierzyć psa. Gdy mnie zobaczył, rzekł, „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, młoda panno” i uściskał mnie. Następnie poprosił mnie, abym usiadła obok niego na krześle, pod którym odpoczywał John i zaczął mówić coś, co miało stać się najwspanialszą przemową jaką kiedykolwiek wygłoszono pod moim adresem.

Ponieważ jesteś dużą dziewczynką i masz już dwanaście lat, wiem, że mogę ci zaufać”, zaczął, głośno przełykając ślinę. „Chcę ci podarować Johna. Wiem, że będziesz się nim dobrze opiekować”. Widząc moje wahanie, szybko dodał: „Twoi rodzice zgodzili się. Możesz go zatrzymać jeśli obiecasz, że będziesz się o niego troszczyć. To jest już postanowione. Nie sądzę, żebym wrócił, ale nawet jeśli tak się stanie, John jest twój”.

Rozpłakałam się, a cała trójka dorosłych bez trudu zrozumiała, że moje łzy były wywołane wielkim szczęściem Wszyscy obserwowali mnie z uśmiechem, gdy pełna zachwytu zniknęłam pod krzesłem, aby ucałować JOHNA i pozwolić aby swoim wielkim miękkim językiem starł łzy z mojej twarzy. Potem biegałam od jednego z dorosłych do drugiego, ściskając ich i mówiąc „Dziękuję, dziękuję!” Przepełniało mnie takie poczucie szczęścia, jakiego nie zaznałam nigdy wcześniej. Marzenie, którego nawet nie dopuszczałam do siebie, właśnie się spełniło. Miałam teraz własnego psa i wiedziałam, że od teraz już nigdy nie będę samotna. Po minucie znów zanurkowałam na podłogę. Ponownie zaczęłam obcałowywać czarny, zimny i wilgotny nos mojego psa oraz drapać go za uszami. Wiedziałam, że to uwielbiał. Kiedy wreszcie zapytałam, czy mogę już iść do siebie, zawołałam Johna a on powędrował za mną do mojego pokoju. Wkrótce po tym Frank wyszedł, nie żegnając się ani z Johnem ani ze mną. Dorośli uważali, że tak będzie lepiej.

Od tego czasu John i ja staliśmy się nierozłączni. Dwa razy dziennie zabierałam go na spacer do małego parku kilka przecznic od naszego domu. Tam szczotkowałam jego sierść, podczas gdy on siedział obok mnie na ławce. W swych listach do Irenki opisywałam jej, co robiliśmy razem z Johnem. Pisałam też, że dzięki niemu jestem bardzo szczęśliwa i nie czuję się już dłużej samotna. Moja matka zanosiła jej te listy do getta przy okazji swych wizyt u mojej babci.

Irenka cieszyła się z mojego szczęścia i wcale mi nie zazdrościła. To dzięki temu zawsze wiedziałyśmy, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Zawsze byłyśmy szczęśliwe, gdy coś miłego spotykało drugą z nas i nigdy, przenigdy nie byłyśmy o siebie zazdrosne. Ona pisała do mnie o swojej szkole i o książkach, które czytała oraz o tym, jak smutno było u niej w domu bez jej taty. Był Żydem, jednak miał niebieskie oczy i nie został obrzezany po urodzeniu, co umożliwiło mu ucieczkę z getta i wyjazd do pracy w Austrii.

Zima roku 1941 oraz święta Bożego Narodzenia były ogólnie bardzo trudnym okresem dla całej Warszawy, a w szczególności dla naszej rodziny. Nie było ogrzewania, a dostawy prądu były ograniczone do kilku godzin dziennie. Ale ja miałam swego psa, więc dla mnie to wszystko nie było aż takie uciążliwe. John zawsze podążał za mną, jeśli nie fizycznie, chodząc za mną z pokoju do pokoju, to wodząc za mną wzrokiem, gdziekolwiek się przemieszczałam. Spał ze mną w moim łóżku, a ponieważ czyściłam mu łapy po każdym powrocie ze spaceru i cały czas go szczotkowałam, był na tyle czysty, że mógł kłaść się obok mnie pod kocami. Zasypiałam, mając go przy swych zmarzniętych stopach. Martwiłam się, że może się udusić lub będzie mu zbyt gorąco. Rano zwykle spał na kocach, choć nie pamiętam, abym kiedykolwiek obudziła się, gdy się spod nich wydostawał lub zmieniał pozycję.

Najwspanialszy moment całej zimy nadszedł 7 grudnia 1941 roku. Wówczas usłyszeliśmy w naszym radio głos amerykańskiego prezydenta, a następnie głos wzruszonego spikera, który tłumaczył jego słowa. Ameryka przystąpiła do wojny po naszej stronie. Niemcy będą teraz musieli przegrać i stanie się to wkrótce. Oboje rodzice mieli w oczach łzy radości. Trudno nam było zachować ciszę lecz musieliśmy powstrzymywać aby nie krzyczeć z radości, tak jak robili mieszkańcy Anglii, których słyszeliśmy w radio.

Warszawskie getto zostało oficjalnie zamknięte w grudniu 1941 roku. Od tego czasu wszyscy Żydzi, których znaleziono poza nim, byli aresztowani i często rozstrzeliwani na miejscu. Podobnie traktowano Polaków, którzy udzielali im schronienia w swoich domach lub choćby poczęstowali jednym posiłkiem.

Pewna polska rodzina, która przygarnęła żydowskiego chłopca, mając trójkę własnych chłopców, nie chciała ujawnić nazistom, które spośród dzieci jest Żydem. Zapytano o to samo dzieci ale i one także odmówiły odpowiedzi, w wyniku czego wszystkie zostały zastrzelone. Niemcy zabili same dzieci, oszczędzając rodziców. Nawet ich nie aresztowali. Po prostu zostawili ich z ciałami czterech chłopców. Takie opowieści słyszałam.

Pomimo tego nasz dom stał się pierwszym przystankiem dla wielu Żydów uciekających z getta. W większości byli to znajomi rodziców, którzy zatrzymywali się u nas na czas przygotowania dla nich nowych dokumentów tożsamości. Mój ojciec był inżynierem chemikiem i znał się na produkcji papieru posiadającego znaki wodne, ponieważ zajmował się tym przed wojną, pracując w Banku PKO. Teraz wraz z innymi osobami przygotowywał fałszywe karty identyfikacyjne, co było najważniejszą kwestią dla wszystkich tych, którzy chcieli mieszkać poza gettem. Zwykle przez pewien czas zajmowali mój pokój, który zresztą chętnie im odstępowałam, sama zaś w tych okresach spałam z Johnem na sofie w sypialni rodziców.

Nasi goście zachowywali się wobec mnie jak gdyby nic się nie działo, jakby po prostu byli u nas w odwiedzinach. Jednak często widziałam jak płaczą, kiedy musiałam pójść po coś do swojego pokoju. Mówili mi, że płaczą, ponieważ mają poczucie winy, bo uciekli, zostawiając pozostałych wewnątrz getta. Dobrze wiedziałam, co kryje się pod słowem „pozostali”. Mieli na myśli bliskich członków swoich rodzin, najczęściej rodziców, a czasami żony lub mężów. Opowiadali moim rodzicom o strasznych rzeczach dziejących się w obrębie getta – o tym, jak Naziści zmuszali żydowskich policjantów do tego, aby w okrutny sposób traktowali swych własnych ludzi, i o mających już wówczas miejsce deportacjach do obozów gdzie większość nawet dzieci były mordowane.

Pewnego razu jeden ze znajomych przywiózł mi małą książeczkę zawierającą wiersze napisane przez dzieci mieszkające w getcie. Ich lektura sprawiła, że się popłakałam, a szczególnie wzruszył mnie jeden z nich, obok którego znajdował się rysunek ukazujący małego chłopca patrzącego na Księżyc. Siedem słów obok rysunku układało się w zdanie: „Panie Księżycu, proszę zabierz mnie ze sobą”.

W lipcu 1942 roku podczas jednej z cotygodniowych wizyt w getcie, przy okazji których moja matka zanosiła jedzenie swojej siedemdziesięciotrzyletniej matce, ujrzała ją w grupie osób ładowanych do wagonu towarowego jadącego do obozu śmierci w Treblince. W chwili, gdy lufami karabinów wpychano ją do pociągu, moja babcia zauważyła swą córkę stojącą na skraju chodnika i krzyknęła do niej, „Ala, uratuj mnie!”. Moja matka próbowała do niej podbiec i o mało co zostałaby zastrzelona przez strażnika. Gdy tego popołudnia wróciła do domu, nie była w stanie mówić i zapadła w stan letargu. Widząc, jak odmawia jedzenia i nie jest w stanie zasnąć, rozumieliśmy, że przeżywa załamanie nerwowe.

Świadomość, że sama żyje i jest względnie bezpieczna, podczas gdy jej matkę czeka śmierć, była dla niej torturą. Pogłębiała ją jeszcze myśl o tym, że gdyby sześć miesięcy wcześniej, kiedy mogła jeszcze opuścić getto babcia uległa i zgodziła się zamieszkać z nami, być może mogłaby się uratować. Moja matka prosiła ją o to wiele razy, ja zaś napisałam do niej list o tym, że bardzo za nią tęsknię oraz pragnę, aby zamieszkała wraz z nami. Odmówiła. „Jestem za stara na zmiany”, powiedziała mojej matce. A w liście do mnie napisała, „Muszę pozostać z ludźmi, którzy rozumieją mój ortodoksyjny styl życia”. Kiedy wzniosła okrzyk, „Ala, uratuj mnie!”, okrzyk, który, jak mówiła matka, będzie ją prześladował do końca życia, było już za późno.

John był bardzo wyczulony na smutek ludzi. Ilekroć wyczuwał go u kogoś z domowników, stawiał sobie za zadanie, aby towarzyszyć tej osobie przez cały czas. Matka godzinami chodziła po pokoju, a John trzymał się blisko niej i wodził za nią oczami. Nie chciał jeść przez cały czas, kiedy ona odmawiała jedzenia. Myślę, że matka zaczęła znów jeść pod wpływem moich błagań. Bałam się, że ona się rozchoruje, i że pies umrze z głodu.

W naszym mieszkaniu była broń. Był tam też nadajnik radiowy. Co więcej, mieszkała w nim pewna Żydówka z fałszywym dokumentem tożsamości oraz jej żydowskie dziecko – czyli ja. Wiedziałam, że wszyscy, wraz z naszą służącą Tusią, mogliśmy zostać aresztowani i rozstrzelani, z któregokolwiek z tych powodów. Ja jednak nie odczuwałam lęku, z wyjątkiem rzadkich momentów, które trwały tylko przez chwilę, po czym myśląc o ogromnej odwadze mojego ojca odzyskiwałam poczucie dzielności.

Pewnego sobotniego popołudnia w sierpniu 1942 roku byłam w domu sama z Johnem i z Tusią, podczas gdy rodzice odwiedzali znajomych. Ćwiczyłam gamy na pianinie a Tusia była zajęta w kuchni. Gdy zabrzmiał dzwonek, otworzyłyśmy drzwi i zobaczyłyśmy dwóch mężczyzn, którzy chcieli widzieć się z moją matką. Jeden z nich miał na sobie mundur niemieckiego oficera. Przeraziłam się tak bardzo, że przez chwilę nogi miałam jak sparaliżowane, a w żołądku poczułam gwałtowne skurcze.

John zaczął głośno szczekać. Podczas gdy usiłowałam go uciszyć, mój umysł zaczął reagować na to, co słyszałam. Znałam trochę niemiecki, uczyłam się go wcześniej przez dwa lata, więc zrozumiałam, co mężczyzna w cywilu, który, jak sądziłam, był informatorem, mówił do oficera. „Jej matka jest Żydówką, więc i ona nią jest, znam je”, usłyszałam.

„Gdzie jest twoja matka?”, zapytał oficer po niemiecku, zaś informator przetłumaczył to na polski.

Usłyszałam, jak odpowiadam, „Moja matka nie żyje. Zginęła podczas bombardowania w 1939 roku i mieszkam tu z ojcem oraz naszą służącą, Tusią. Prawie uwierzyłam w wersję wydarzeń, do której chciałam ich przekonać. Tusia, która stała obok, patrzyła na mnie tak, jakbym postradała zmysły, ale nie odezwała się ani słowem.

„Kim więc jest ta kobieta, która mieszka tutaj z tobą i z twoim ojcem?”, padło kolejne pytanie.

„Ona jest dziewczyną mojego ojca”, ku swemu zaskoczeniu usłyszałam swój głos mówiący te słowa, jak gdyby wypowiadał je ktoś inny.

„A gdzie oni teraz są? I kiedy wrócą do domu?”, zabrzmiały następne pytania, na które odpowiedziałam, „Nie wiem”.

Dwaj mężczyźni stojący w drzwiach omówili swój kolejny ruch i powiedzieli mi, że chcą wejść i poczekać na moją matkę. Usłyszałam, jak informator powiedział po niemiecku, „Zaczekajmy, ja wiem, że ona niedługo wróci”.

W trakcie ich rozmowy John przez cały czas warczał i w pewnej chwili dostrzegłam, że oficer zawahał się, sięgnął po pistolet, potem jednak rozmyślił się. Spojrzałam na jego mundur, żeby zobaczyć, czy należy do SS, jednak niczego się nie dopatrzyłam, i nawet jego twarz wyglądała normalnie, a nie jak twarz esesmana. Uznałam, że jego zadaniem nie jest zabijanie kogokolwiek, nawet Johna.

Weszli do mieszkania i zaprowadziłam ich do sypialni rodziców. Pilnowałam się, żeby nie spojrzeć w stronę łóżka. Wkroczyli do pokoju i usiedli. John położył się na progu i obserwował ich a z jego gardła wydobywało się nieustające ciche warczenie. Obaj mężczyźni siedzieli bez ruchu na krzesłach. Myśl o tym, że znajdowali się zaledwie metr od broni i nadajnika, wywołała uśmiech na mojej twarzy. Dziękowałam Bogu, że John unieruchomił ich swym warczeniem. Zostawiłam ich w sypialni i wróciłam do ćwiczenia gam, tym razem odgrywając je wszystkie fałszywie i bardzo głośno. Podchwyciwszy moją sugestię Tusia wróciła do kuchni i zaczęła robić mnóstwo hałasu, przestawiając wszystkie garnki i patelnie, jakie tylko wpadły jej w ręce. Po godzinie mężczyźni wyszli, mówiąc, że będą czekać na dole. Gdy tylko usłyszałam ich kroki na schodach, zadzwoniłam do domu znajomych, których rodzice odwiedzali. Mój ojciec wysłuchał mnie uważnie i pozostawił to bez komentarza. Wrócił do domu dopiero następnego dnia rano, a mama dopiero po dwóch latach.

Nazajutrz zarówno ojciec jak i wiele innych osób wypytywało mnie, skąd przyszedł mi do głowy pomysł, żeby powiedzieć to, co powiedziałam i zrobić to, co zrobiłam. Mówili mi też, że dzięki temu prawdopodobnie uratowałam życie nie tylko matce ale i wielu innym osobom. Nie miałam na to innej odpowiedzi jak tylko to, że skoro wiedziałam o nowym dokumencie tożsamości i nowym nazwisku matki, wydało mi się to wtedy najlepszą rzeczą, jaką mogłam powiedzieć. Jednocześnie jednak upierałam się przy tym, że to John był głównym bohaterem, gdyż swym nieustającym warczeniem powstrzymał Niemców przed przeszukaniem mieszkania, nie dopuszczając do znalezienia przez nich broni i radia.

Od tego dnia moja matka rozpoczęła „zabawę w odwiedzanie znajomych”, jak żartobliwie nazywała swoją nową sytuację mieszkaniową, która trwała kolejne kilkanaście miesięcy. Moi rodzice mieli wielu przyjaciół chrześcijan, u których mieszkała, ponieważ pobyt we własnym domu nie był już dla niej bezpieczny. Od czasu do czasu odwiedzałam ją w tych mieszkaniach i często słyszałam, jak mówiła, że następnego dnia musi przeprowadzić się gdzieś indziej, ponieważ któryś z sąsiadów zadawał zbyt wiele pytań albo ktoś podejrzany wprowadził się do sąsiedniego mieszkania. Wracałam z tych spotkań bardzo smutna. Moje samopoczucie poprawiało się jedynie wtedy, gdy kładłam się na podłodze obok Johna, on zaś kładł na mnie swą łapę i od czasu do czasu lizał mnie po policzku.

Matka mówiła, że mieszka z dala od naszego domu głównie dlatego, aby mnie ochronić, i że muszę teraz całkowicie wejść w rolę „chrześcijańskiego” dziecka. Tak też robiłam a jeśli czułam się zagrożona, to nie dlatego, że Niemcy mogli uznać mnie za Żydówkę ale z powodu całej tej broni pod łóżkiem i podziemnej działalności mojego ojca. Miałam „dobry” wygląd – jasne włosy, krótki nos oraz okrągłą twarz typową dla polskich dzieci, a także, co uważałam za najważniejsze, mówiłam i zachowywałam się bardzo podobnie do typowych polskich dziewczyn w wieku lat trzynastu.

Miałam świadomość, że kilka przecznic dalej ludzie w getcie cierpieli i byli głodni. Z naszego balkonu często widziałam brygady młodych żydowskich mężczyzn idących do pracy w niemieckich fabrykach znajdujących się poza gettem. Patrzyłam, jak przechodzą obok i choć chciałam rzucić im coś do jedzenia tak jak niektórzy okoliczni mieszkańcy, nie robiłam tego. Za bardzo się bałam.

Pewnego razu, wracając wczesnym wieczorem z lekcji, zobaczyłam ciemną postać małego chłopca, który biegł w kierunku getta, chowając się w cieniu budynków. Miał na sobie czarny płaszcz, który był tak bardzo wypchany skrywanym pod nim jedzeniem, że odstawał od jego chudego ciała, nadając mu wygląd jakiegoś dziwacznego ptaka. Uświadomiłam sobie, że skoro byłam jedyną osobą idącą ulicą, musiał uciekać przede mną. Zastanawiałam się, czy gdyby wiedział, kim jestem, zwolniłby kroku i spojrzał w moim kierunku. A może nawet zatrzymałby się i poprosił mnie o pomoc. Idąc dalej przed siebie, zastanawiałam się, co bym wówczas zrobiła bądź powiedziała.

Ponieważ miałam prywatną nauczycielkę i uwielbiałam czytać, byłam w stanie zdać egzamin do drugiej klasy w znanym gimnazjum dla dziewcząt. Niemcy uznawali wszelkie formy edukacji polskich dzieci wykraczające poza poziom klasy czwartej za nielegalne, więc w przypadku ich ujawnienia zarówno nauczyciele jak i uczniowie byli aresztowani. Z tego powodu zorganizowany został podziemny system edukacji. W ramach naszej szkoły niewielkie grupy pięciu lub sześciu dziewcząt spotykały się z nauczycielami w różnych domach. Realizowałyśmy standardowy program nauczania, otrzymywałyśmy świadectwa i mogłyśmy nawet zdawać maturę. Uwielbiałam swoich nauczycieli oraz dziewczęta z mojej pięcioosobowej grupy. Do pewnego stopnia przyjaźniłam się z nimi choć nasza przyjaźń nie wydawała się mi się całkiem prawdziwa. Było tak chyba dlatego, że nie mogłam im powiedzieć, kim jestem. Ojciec nalegał, aby w naszym mieszkaniu odbywały się lekcje religii oraz łaciny i literatury. Dobrze to wyglądało, gdy sąsiedzi widzieli, jak co środę odwiedza nas ksiądz w długiej czarnej sutannie i gości u nas przez dwie godziny.

Widząc, że sutanna księdza nie jest w najlepszym stanie, Tusia zdejmowała ją z wieszaka w przedpokoju i czyściła w trakcie naszych lekcji religii. Czasami zszywała ją lub łatała, bądź też przyszywała brakujące guziki. Zabawne było potem widzieć, jak ksiądz sięgał po swoją sutannę i widząc jej zadbany stan, wznosił oczy ku górze, dziękując Bogu za jej naprawienie.

W grudniu 1942 roku moi rodzice znaleźli niewielki dom we wsi Choszczówka, położonej około 20 kilometrów do Warszawy, w którym matka, ja oraz John mogliśmy spędzić kilka miesięcy w warunkach, które wydawały się zapewniać nam względne bezpieczeństwo. Mój ojciec pozostał w Warszawie aby kontynuować dostawy broni do getta oraz koordynować akcje wysadzania pociągów. Odwiedzał nas jedynie w weekendy i przy okazji przywoził mi szkolne prace domowe, abym mogła nadążyć za postępami swojej grupy.

Ponieważ rok wcześniej nauczyłam się robić na drutach, więc tej zimy ojciec zaangażował mnie w robienie specjalnych rękawic dla ludzi, którzy strzelali z broni palnej. Wyglądały one podobnie do rękawiczek z jednym palcem, ale miały dodatkowo oddzielny palec wskazujący do pociągania za spust. Był bardzo dumny, nosząc swoją parę podczas kolejnej „akcji”, jak nazywał swoje nocne eskapady i wkrótce potem przywiózł mi wełnę świetnej jakości, zamawiając pięć kolejnych par, po jednej dla każdego członka swojego oddziału. Ojciec dowodził oddziałem saperów, który należał do podziemnej jednostki specjalizującej się w wysadzaniu pociągów przewożących dostawy prowaiantu, sprzętu i amunicji dla armii niemieckiej walczącej na froncie wschodnim. Wiedziałam, że rękawice będą ogrzewać dłonie pociągające za spust broni. Niemieccy strażnicy, którzy strzegli ogrodzeń z drutu kolczastego wzniesionych wzdłuż torów kolejowych, zapewne byli zabijani. Jednak mnie nie było ich żal, gdyż byli moimi wrogami i musieli zginąć. Niemcy musieli przegrali wojnę z Rosjanami i następnie z całą resztą świata. W naszym domu ani przez chwilę nie mieliśmy wątpliwości co do wyniku wojny. Pozostawało jedynie pytanie, kiedy ten KONIEC WOJNY nastąpi.

Pewnego styczniowego dnia ktoś przybiegł do naszej wsi, krzycząc, że Niemcy zabierają polskie dzieci, aby wywieźć je do Niemiec i tam uczynić z nich Niemców. Już zabrali ich pewną ilość w Legionowie. Dlatego wszystkie dzieci, a szczególnie te z jasnymi włosami, należało ukryć w lesie. Ucieczka do lasu, bieganie z Johnem u mego boku i obserwowanie, jak zapada się w głębokim śniegu, wydawało mi się dobrą zabawą. Było piękne, słoneczne popołudnie. Dziwaczne formy białego śniegu z jasno niebieskimi cieniami piętrzące na zielonych gałęziach na tle błękitnego nieba sprawiały, że wciąż spoglądałam ku górze z zachwytem. Nie zauważywszy głazu przykrytego śniegiem, przewróciłam się i natychmiast zdałam sobie sprawę, że stało się coś bardzo złego.

W dolnej części nogi odczuwałam dziwny, niemal przyjemny ból i nie mogłam się podnieść. Byliśmy sami, tylko John i ja. Robiło się późno. Przypomniały mi się te wszystkie opowieści o ludziach, którzy umierali z zimna i obleciał mnie strach. John zaczął szczekać, z początku próbując zachęcić mnie do dalszego wspólnego biegania, potem zaś ujadał głośno, starając się przyciągnąć czyjąś uwagę. Zataczał coraz szersze kręgi, przez cały czas szczekając i ani na chwilę nie tracąc mnie z oczu. Był przy mnie, więc czułam się bezpiecznie i mogłam skupić się na swojej nodze, która stopniowo puchła i coraz bardziej mnie bolała. Ponieważ potrafiłam pozbywać się bólu zębów oraz zatok poprzez skupienie na nim i wniknięcie w niego, więc stwierdziłam, że teraz uczynię to samo z bólem nogi, co ku mojemu zdziwieniu okazało się skuteczne. John nie przestawał szczekać i wreszcie ktoś go usłyszał. Wkrótce potem byłam niesiona do matki, a po godzinie moja noga została nastawiona i obłożona gipsem przez lekarza, który mieszkał kilka domów od nas. Powiedziano mi, że mam nie obciążać nogi, ale ponieważ ojciec przywiózł mi kilka nowych książek i sporo lekcji do odrabiania od moich nauczycieli, niespecjalnie mi to przeszkadzało.

Wkrótce potem pojawił się nowy problem. Rano następnego dnia po moim wypadku u naszych drzwi pojawił się lokalny policjant, aby powiedzieć moim rodzicom, że burmistrz pobliskiego miasta wzywa ich z dokumentami tożsamości na komisariat, aby zadać kilka pytań. Ich wizyta na komisariacie trwała sześć godzin, zaś ja w tym czasie zostałam sama w domu z Johnem, który leżał obok mnie na łóżku. Z początku próbowałam skoncentrować się na swych książkach i na odrabianiu lekcji, jednak wraz z upływającymi godzinami czułam się coraz bardziej przerażona. Co, jeśli oboje zostali aresztowani i wywiezieni albo, co gorsza, rozstrzelani? Martwiłam się o matkę. Jej dokumenty były „bardzo dobre”, jednak ktoś mógł ją przecież wydać. Spoglądałam na Johna spokojnie śpiącego obok mnie i wówczas przypomniały mi się opowieści Jacka Londona o psach, które zawsze były w stanie wyczuć, kiedy ich właściciele byli w tarapatach, niezależnie od dzielącej ich odległości. Przekonywałam siebie, że jeśli John jest tak spokojny, nie było się czego bać. Uspokoiłam się na tyle, że kiedy rodzice bezpiecznie wrócili do domu martwiąc się tym, że musiałam się o nich bardzo niepokoić i nie byłam w stanie się poruszać, ku swej radości zastali nas oboje śpiących. Wspólnie uznaliśmy, że John po raz kolejny pomógł nam w trudnej sytuacji.

Kwiecień roku 1943 był dla nas szczególnie smutnym okresem. Mieszkałyśmy z matką zaledwie około 20 kilometrów od Warszawy i wyglądając przez południowe okno, mogłyśmy dostrzec czerwoną łunę unoszącą się nad naszym ukochanym miastem. Często wczesnym wieczorem stawałam w oknie obok niej i podobnie jak ona ze łzami w oczach obserwowałam czerwoną łunę, która unosiła się nad Warszawą. Płonęło warszawskie getto, jej cząstka Warszawy, pomyślałam więc, że ją opłakuje. Płakała cicho, ja zaś widziałam jej oczy błyszczące od łez i po prostu stałam przy niej, wyobrażając sobie, co widzi i co czuje. Czerwonawa chmura nie znikała i mnie także zaczęła przyciągać jak magnes.

Przypomniałam sobie naszą wizytę z matką w getcie, gdy po raz ostatni widziałam babcię. Wspomnienie było tak wyraziste, jakby sytuacja ta wydarzyła się przed kilkoma tygodniami a nie rok wcześniej. Było to w lutym 1942 roku. Dzięki pomocy przyjaciela rodziny, który był sędzią, moja matka dostała przepustkę uprawniającą ją jako sekretarza prawnego, do odwiedzania warszawskiego sądu dwa razy w tygodniu. Ponieważ budynek sądu graniczył z gettem, z jego piwnic były przejścia do piwnic budynku stojącego w obrębie getta. Niemiecki strażnik pilnujący wejścia do budynku znał moją matkę, gdyż często przychodziła w trakcie jego służby. Zresztą, nikt nie spodziewałby się, aby Żydówka z własnej woli chciała wchodzić na teren getta. Matka dość dobrze znając niemiecki zwykle serdecznie witała strażnika, rzucając przy tym jakiś żart. On zaś czasami pytał, czemu przynosi w torbie tak dużo jedzenia, na co żartobliwie odpowiadała, że ma ogromny apetyt i musi zostać w pracy przez cały dzień. Tego dnia powiedziała nawet, że specjalnie przyprowadziła mnie ze sobą, aby mu mnie przedstawić. Pamiętam, jak ze zdumieniem patrzyłam na nią i czułam się z niej bardzo dumna. W kilka minut po wejściu do budynku otworzyłyśmy drzwi ukryte za starym regałem na książki, prowadzące do małego pomieszczenia na zapleczu. Panowały tam całkowite ciemności. Zaczęłyśmy bardzo ostrożnie schodzić na dół, przemierzając labirynt korytarzy i klatek schodowych. Miejsce było przerażające, ale matka świetnie znała drogę. Ściany były pokryte czarnym osadem i wilgocią, a panujący tam zapach pozostawiał w moich ustach gorzki posmak. Wreszcie, po około dziesięciu minutach, wyszłyśmy z budynku już na terenie getta. Musiałam kilkakrotnie otworzyć i zamknąć oczy zanim przywykłam do tego, co zobaczyłam. Na środku ulicy była usypana wysoka śniegowa zaspa, musiałam jednak przypominać sobie, że to jest śnieg, ponieważ wcale nie był on biały tylko szary, a do tego gdzieniegdzie upstrzony czarnymi plamami. Gdy przechodziłyśmy pomiędzy dwiema stertami szarej brei, nagle do matki podbiegł mały chłopiec i porwał jej z torby paczuszkę z jedzeniem. W chwilę później włożył sobie do ust całą paczkę masła. Widziałam, jak ścieka ono białą strużką po jego szarej szyi. Krzyknęłam, zaś matka złapała mnie za rękę i pociągnęła tak mocno, że niemal upadłam na mężczyznę w czarnym płaszczu i kapeluszu, który siedział na chodniku oparty o ścianę z ręką wyciągniętą w naszą stronę, patrząc, jak się zbliżamy. Matka sięgnęła głębiej do torby i rzuciła mu bułkę, którą chwycił dopiero, gdy upadła na chodnik. Mając dłoń w żelaznym uścisku dłoni matki, starałam się iść szybko. Matka prawie biegła, gdy skręcałyśmy za róg, aby wspiąć się po schodach do mieszkania, w którym obecnie zamieszkiwała babcia.

Pamiętam, że tego dnia rano słyszałam, jak rodzice się spierali. Ojciec nie chciał, abym odwiedziła getto. Nie obawiał się o moje bezpieczeństwo lecz tłumaczył matce, że nie powinna mnie tam zabierać, ponieważ narazi mnie na różne widoki. Jestem pewna, że miał na myśli sceny podobne do tej, którą widziałam teraz. Miał poczucie, że to nie będzie dla mnie dobre. Matka przekonywała go, że obiecała swej matce przyprowadzić mnie do niej w odwiedziny, i że ja błagałam ją o możliwość kolejnego spotkania z babcią, ponieważ bardzo ją kocham i za nią tęsknię. Moja babcia mieszkała wraz z wieloma innymi osobami w trzypokojowym mieszkaniu, do którego musiała przeprowadzić się ze swego dużego mieszkania przy ulicy Franciszkańskiej po tym, jak obszar getta został zmniejszony. Wraz z wdową po swoim bracie zajmowały najmniejszy pokój, zaś pozostałe pomieszczenia zajmowały dwie rodziny z małymi dziećmi. Babcia bardzo ucieszyła się na mój widok i posadziła mnie na kolanach, jakbym nadal była małą dziewczynką.

Pytała mnie, jak mi idzie w szkole i prawiła mi komplementy, mówiąc, że wyrosłam na piękną pannę, zupełnie jak podczas najzwyklejszej wizyty. Wyglądała jak zawsze elegancko i pachniała lawendowym mydłem, które lubiła najbardziej. Jej sukienkę zdobił biały koronkowy kołnierzyk, z przodu spięty broszką z rubinami, którą bardzo lubiłam oglądać. Jej siwa peruka była jak zawsze zadbana. Kiedyś w Otwocku spotkałam inne panie noszące peruki z powodu swej ortodoksyjnej wiary, jednak były one rude i brązowe, przez co wyglądały nienaturalnie i bardzo mi się nie podobały. Natomiast moja babcia nosiła siwą perukę, w której, moim zdaniem, bardzo jej było ładnie. Mogłabym tak przesiedzieć cały dzień na kolanach babci ale matka powiedziała, że musimy już iść. Kiedy całowałam babcię na pożegnanie, rozpłakałam się, ponieważ ujrzałam łzy w jej oczach. Podczas całej wizyty starała się uśmiechać, więc na chwilę zapomniałam, dlaczego tam jest i poczułam się całkowicie otoczona jej bezwarunkową miłością.

Podczas tych strasznych kwietniowych dni roku 1943 byłam pewna, że w owej czerwonej chmurze, na którą patrzyłyśmy wraz z matką, unoszą się niektóre z osób spotkane przez nas tamtego dnia na ulicach. Moja matka stała przy oknie i godzinami bezgłośnie płakała. Wiem, że opłakiwała nie tylko ludzi, ale także ulice, pośród których spędziła dzieciństwo. Wszystko to teraz stało się czerwoną chmurą.

W trakcie trwania powstania w getcie warszawskim mój ojciec nie odwiedzał nas tak często jak wcześniej, kiedy zaś przyjeżdżał, opowiadał matce o heroizmie ludzi walczących w getcie i o tym, ilu Niemców udało im się zabić zanim sami zginęli. On sam też walczył, więc dla niego byli oni bohaterami. Jak sądzę, uważał, że opowiadanie jej jako Żydówce o bohaterstwie jej narodu przyniesie jej otuchę. Słuchałam tego i wyobrażałam sobie, jak to jest umrzeć jako bohater. Nie jestem przekonana,czy opowieści ojca robiły na niej wrażenie, na mnie jednak robiły duże. Cieszyłam się, że dowiaduję się o tych odważnych ludziach i wiedziałam, że nie były to osoby, które tamtego dnia widziałam siedzące na chodnikach. Czułam się też bardzo dumna z tego, że ubiegłej zimy przenosiłam w mojej mufce niektóre z używanych przez nich pistoletów. Zastanawiałam się, ilu Niemców zostało z nich zastrzelonych i czułam się tak, jakbym sama także była bohaterem.

Tej wiosny i lata nasze życie w Choszczówce przebiegało w miarę bezpiecznie. Ponieważ John zawsze mi towarzyszył, matka pozwalała mi chodzić po warzywa i owoce do sąsiedniej wioski, która była nieco większa od naszej. Był to długi spacer, ale nam to nie przeszkadzało. John zwykle biegał, a ja czasem ganiałam za nim, jednak przez większość czasu po prostu szłam, czasem zrywając kwiaty rosnące przy drodze. Kiedy pewnego dnia, a była to sobota poprzedzająca Niedzielę Palmową roku 1943, zbliżyliśmy się do wioski na tyle, że w oddali ujrzałam mały kościół na wzgórzu, uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak. John zatrzymał się przy mnie i zaczął warczeć. Wiele osób biegło w tamtym kierunku i dało się słyszeć krzyki oraz płacz. Dotarło do mnie słowo „powieszeni” i sama zaczęłam biec w stronę kościoła. Wkrótce ujrzałam, co się stało. W środku nocy Niemcy postawili przy kościele szubienicę, na której zobaczyłam czterech powieszonych mężczyzn. Wiele osób, które podobnie jak ja dopiero zbliżyło się do tego miejsca, chciało wiedzieć, co się stało. Usłyszałam wtedy, co opowiadali ludzie. Egzekucja odbyła się w nocy, zaś mężczyźni byli partyzantami, którzy zabili niemieckiego żołnierza, gdy ten natknął się na nich w lesie. Szubienica została postawiona przy kościele w przeddzień Niedzieli Palmowej , aby na pewno wszyscy ją zobaczyli. Był to straszny widok – ludzie, którzy kilka godzin wcześniej jeszcze żyli, teraz zmienili się w pozbawione życia czarne kształty. Nie chciałam podchodzić ani trochę bliżej, aby nie zobaczyć należących do owych kształtów twarzy.

Zawołałam Johna, razem zawróciliśmy i pobiegliśmy do domu. Gdy tylko odwróciliśmy się, przestał warczeć i machając ogonem, znów starał się sprowokować mnie do tego, abym go goniła. Pomyślałam, że może powinnam być bardziej podobna do Johna. Tak jak on reagować warczeniem, oczywiście na mój sposób, gdy czułam strach lub złość, ale potem zapominać o tym i jak on machać ogonem, co w moim wykonaniu oznaczałoby bieganie i śpiewanie, gdy wszystko znów było dobrze. Jakoś nie byłam w stanie tego zrobić. Widok ciemnych kształtów tak wrył mi się w pamięć, jakby przywarł do wewnętrznej powierzchni moich powiek i nie chciał stamtąd zniknąć. Gdy przybyłam do domu, matka słyszała już o egzekucji i powiedziała mi, że jeden spośród tych czterech partyzantów był Żydem i że dlatego ich wszystkich powieszono. Wyobraziłam sobie, że śmierć przez powieszenie musi być bardziej bolesna niż bycie zastrzelonym, uznałam więc, że mój ojciec działa w bardziej humanitarny sposób, strzelając do nich.

Pewnego wieczora pod koniec sierpnia ktoś przybył do nas i powiedział, że musimy natychmiast wyjechać, ponieważ lokalna policja otrzymała nakaz aresztowania mojej matki i z pewnością przyjdzie po nią następnego dnia rano. Wziąwszy jedynie najpotrzebniejsze rzeczy, poszłyśmy w nocy wraz z Johnem do miejsca, gdzie czekała na nas ciężarówka przewożąca drewno. Ukryłyśmy się pod jutowymi workami i w ten sposób dostałyśmy się do Warszawy. Kierowca z początku nie chciał zabrać Johna, obawiając się, że będzie szczekał, jednak w końcu zgodził się, gdyż nie chciałam wsiąść bez niego. Ponieważ przez całą drogę do Warszawy drapałam go za uszami, John nie wydał z siebie żadnego dźwięku i chyba podobała mu się przejażdżka pośród świeżo ściętych pni. Matka wysiadła pod domem swej przyjaciółki Wandy, który znajdował się na przedmieściach, zaś ja i John pojechaliśmy do naszego mieszkania do ojca i Tusi.

Czułam się bardzo szczęśliwa, że znów mogłam uczestniczyć w lekcjach i bardzo przykładałam się do nauki. Choć podczas pobytu poza Warszawą także się uczyłam, to jednak straciłam cały semestr zajęć z nauczycielami. Tusia ucieszyła się na mój widok, zaś ojciec był zadowolony, że wróciliśmy z Johnem do domu.

Niestety, prowadzona przez matkę „zabawa w odwiedzanie znajomych” przestała działać. Już drugiego dnia jej pobytu u Wandy pytał o nią ktoś, o kim wiedziano, że współpracuje z Niemcami. Ukryła się na strychu i następnego dnia musiała opuścić to miejsce. Zgodnie z planem tego samego dnia po południu spotkałam się z matką w parku, który czasami bywał miejscem naszych spotkań i zobaczyłam, że ma ze sobą swoją podróżną torbę. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Rozpłakałam się, kiedy powiedziała mi, że jest już znużona ciągłą ucieczką i że ma zamiar się poddać. Poczułam się zdruzgotana, widząc ją w tym stanie. Dotąd z taką determinacją zabiegała o swoje ocalenie, a teraz gdzieś utraciła wolę walki. Błagałam ją, żeby poszła ze mną do domu. Choć bardzo tego pragnęła, odmówiła tłumacząc, że zagroziłoby to mojemu bezpieczeństwu. Przez całą drogę do domu płakałam i modliłam się, aby zdarzyło się coś, dzięki czemu zmieni zdanie.

I rzeczywiście coś się zdarzyło. Gdy dotarłam do domu, w mieszkaniu zastałam Hanię, dobrą znajomą moich rodziców, która była piękną kobietą o pełnych kształtach i nosiła warkocz owinięty wokół głowy. Uwielbiałam ją i wystarczył jeden powitalny uścisk z jej strony, aby uśmiech powrócił na moją twarz. Nalegała, abym przymierzyła piękna biała czapkę z angory, który na jej prośbę zrobiła dla mnie na drutach jakaś jej znajoma. Kiedy go założyłam i ponownie zanurzyłam się w jej miękkim uścisku, na krótką chwilę zapomniałam o strasznym smutku, jaki odczuwałam w związku z matką. Hania mieszkała na południu Polski i zatrzymywała się u nas, ilekroć przyjeżdżała do Warszawy załatwiać jakieś sprawy. Tej nocy, jak zwykle podczas jej wizyt, położyła się spać ze mną w moim łóżku. Wtedy właśnie przypomniało mi się, co matka powiedziała do mnie w parku i zaczęłam płakać. Hania słuchała z uwagą, kiedy opowiadałam jej całą historię. Wiedziałam, że ujawniając żydowskie pochodzenie matki, łamię przysięgę milczenia, jednak desperacko szukałam pomocy i zarazem miałam do niej pełne zaufanie. Hania była zaskoczona. Wiedziała, że matka ukrywa się przez nazistami, jednak sądziła, że ma to związek z jej działalnością w podziemiu. Otoczyła mnie ramionami i przytuliła do siebie jak małą dziewczynkę. Zastanawiała się przez kilka minut a następnie, ocierając moje łzy cudownie pachnącą chusteczką z promiennym uśmiechem powiedziała: „Wiem, gdzie twoja matka będzie bezpieczna i gdzie będzie mogła zostać do końca wojny. Zabiorę ją tam jutro.” Następnego dnia obudziłam się z okropnym uczuciem, że powiedziawszy Hani o żydowskim pochodzeniu matki, zdradziłam zarówno ją jak i całą rodzinę. Czułam, że muszę natychmiast powiedzieć ojcu o tym, co zrobiłam. Wchodząc do pokoju rodziców, zobaczyłam, że Hania właśnie z nim rozmawia.
– „Nie wiedziałam o Ali”, stwierdziła. „Dlaczego mi dotąd nie powiedziałeś? Mogłam wam wcześniej pomóc. Znam człowieka, który jest właścicielem młyna. Młyn znajduje się na granicy z Ukrainą w środku lasu, w którym ukrywa się wielu partyzantów, dlatego Niemcy boją się tam zapuszczać”. Ojciec zauważył, że stoję w drzwiach. Jeden rzut oka w moją stronę wystarczył mu, żeby odgadnąć, co chcę mu powiedzieć. Uśmiechnął się do mnie i poprosił, żebym weszła.

– „Ten człowiek jest emerytowanym ukraińskim oficerem i nienawidzi Niemców”. Mówiąc dalej, Hania przyciągnęła mnie do siebie i obdarzyła serdecznym uściskiem. „Powiedział mi, że potrzebuje ludzi do pracy i wiem, że nie będzie zadawał żadnych pytań, jeśli pojawię się tam z Alą. Będzie tam bezpieczna do końca wojny. A ty,” zrobiła krótką pauzę, przytulając mnie mocniej i żartobliwie celując palcem w ojca, „zostaniesz tutaj i będziesz opiekował się dzieckiem”.

Obie następnego dnia wyjechały pociągiem i kiedy kilka tygodni później usłyszałam głos matki przez telefon, jej głos znów brzmiał tak jak zwykle. Ze śmiechem opisywała, jak wiele dowiedziała się o produkcji mąki i jaka wspaniała była Hania.

Chłodny, deszczowy i bardzo szary marcowy dzień zaczął się podobnie do innych. Ojciec wyszedł poprzedniego wieczora i powiedział, że będzie z powrotem zanim się obudzimy. Jednak teraz była już dziesiąta. Wraz z nauczycielem literatury i pięcioma dziewczynami z mojej grupy omawialiśmy francuską rewolucję i Diderota, ja jednak nie byłam w stanie się skupić. John był bardzo niespokojny. Gdy wszedł nauczyciel, zaszczekał głośno, czego nigdy nie robił, a później, zamiast leżeć przy mnie, bardzo niespokojnie chodził po całym mieszkaniu.

Co się dzieje z Johnem?”, zapytała moja przyjaciółka Jadzia, ja zaś odpowiedziałam, że być może ma ból brzucha, gdyż rano nie chciał nic jeść. Czułam się bardzo zaniepokojona. Ojciec nie wrócił, a John przez całą noc wiercił się zamiast spać. Tusia odebrała telefon w sąsiednim pokoju i po chwili zawołała mnie. Nieznajomy głos w słuchawce powiedział tylko tyle: „Zeszłej nocy twój ojciec został aresztowany wraz z pięcioma towarzyszącymi mu ludźmi. Zawiadom niezwłocznie swoją matkę.” Wróciłam do pokoju, w którym pięć dziewcząt kończyło przerabiać z nauczycielem rozdział książki i starałam się zachowywać normalnie. Musiałam jednak wyglądać na poruszoną. Żadne z nich nie odezwało się słowem ani nie zadało żadnych pytań i po chwili wszyscy pośpiesznie opuścili nasze mieszkanie. Zostawiłam telefoniczną wiadomość dla matki, korzystając z numeru znalezionego w specjalnym miejscu i czekałam, aż do mnie oddzwoni. Zadzwoniła po upływie pół godziny i powiedziała po prostu: „Nie rób nic i zachowuj się normalnie. Jeśli ktokolwiek będzie pytał o ojca, mów, że wyjechał na wakacje. W tej chwili wyruszam do Warszawy i będę na miejscu jutro po południu.”

Dobrze było ją znów zobaczyć. Wyglądała zdrowo i choć była bardzo poruszona otrzymaną informacją, kiedy dzwoniła do Stefana dowodzącego akcjami, wyglądała wyjątkowo pięknie ze swymi krótkimi włosami oraz różowymi policzkami. Siedziałyśmy z Tusią obok niej na jej ulubionej kanapie i słuchałyśmy, jak opowiada nam o najbardziej udanej akcji ojca i o następującym po niej aresztowaniu. Powiedziała, że na jakiś czas zatrzyma się w mieszkaniu, ponieważ ma do wykonania ważne zadanie. Zbierze wszelkie posiadane przez nas pieniądze i postara się wykupić ojca z aresztu. Słyszała, że teraz, gdy wojna zbliża się ku końcowi, Niemcy uwalniają ludzi z więzień w zamian za pieniądze.

Nie martw się”, powiedziała. „Mamy wystarczająco dużo pieniędzy, aby doprowadzić do uwolnienia nie tylko jego, ale także pozostałych pięciu ludzi.” John siedział u mego boku i przysłuchiwał się temu, co mówiła. Odkąd matka pojawiła się w domu, wydawał się spokojniejszy, jednak martwiłam się o niego, ponieważ od dwóch dni nic nie jadł. Wcale mnie to nie dziwiło, gdyż same także nie byłyśmy w stanie jeść, choć Tusia, ucieszona przyjazdem matki do domu, przygotowała jej ulubione klopsiki z kaszą.

Kolejne sześć tygodni od aresztowania ojca upłynęły nam z matką na odwiedzaniu mieszkań członków oddziału dowodzonego przez ojca. Każdego dnia spotykałyśmy się z matkami i żonami tych ludzi, aby omawiać postępy i przygotowania do ich wykupienia z aresztu na Pawiaku, gdzie cała szóstka była przetrzymywana. Kobiety starały się wzajemnie podtrzymywać się na duchu. Wierzyły, że mężczyźni żyli i że zostaną uwolnieni cali i zdrowi. Przez cały ten czas obserwowałam Johna a ponieważ pozostawał smutny i apatyczny, budziło to we mnie ogromne wątpliwości. W końcu 50 milionów złotych zebrane przez matkę zostało przekazane niemieckiemu oficerowi, który obiecał, że mężczyźni zostaną uwolnieni następnego dnia.

Pieniądze zniknęły wraz z niemieckim oficerem. Po tygodniu nazwisko ojca oraz nazwiska jego pięciu towarzyszy pojawiły się na znanych już wszystkim plakatach. Oznajmiały one, że wymienione osoby zostaną rozstrzelane w przypadku kolejnego aktu sabotażu wymierzonego w Trzecią Rzeszę. Dobrze wiedziałyśmy, co to oznacza. Popatrzyłyśmy na siebie, przypominając sobie egzekucję, której świadkami byłyśmy sześć miesięcy wcześniej. „O mój Boże”, powiedziała Tusia i ścisnęła moją dłoń. To były jej jedyne słowa.

Pamiętałam każdy szczegół tej strasznej sceny, podobnie jak Tusia. Było ciepłe jesienne popołudnie. Siedziałam na balkonie i czytałam książkę, a John leżał u moich stóp. Przestraszyła mnie gwałtowność, z jaką nagle poderwał się i zaczął warczeć. Spojrzałam na ulicę i ujrzałam dwie duże wojskowe ciężarówki, które podjechały bliżej i zatrzymały się. Z jednej z nich wysiadło dwudziestu mężczyzn w szarych strojach z kajdankami na dłoniach, z drugiej zaś dwudziestu niemieckich żołnierzy z karabinami. Zawołałam Tusię i obie patrzyłyśmy, jak mężczyźni w kajdankach zostają ustawieni wzdłuż ściany, a naprzeciw nich stają niemieccy żołnierze, szykując karabiny do strzału. Mężczyznom pod murem nałożono szare worki na głowy i nagle zahuczało dwadzieścia strzałów, które zabrzmiały jak jeden wystrzał, po czym wszyscy rozstrzelani upadli w tym samym momencie.

John zawył, a ja się rozpłakałam. Tusia wciągnęła mnie do mieszkania, mówiąc, że to nie są widoki dla dziecka, lecz było już za późno. Widziałam, co się zdarzyło i ten obraz stał się jednym z moich koszmarów. Teraz, po upływie sześciu miesięcy, oczyma wyobraźni widziałam, jak mój ojciec w szarym stroju pada martwy na ziemię pod jednym z warszawskich murów. W dwa tygodnie później na innym plakacie pojawiły się ich nazwiska. Tym razem zawierał on obwieszczenie, że z powodu pojawienia się kolejnego aktu sabotażu wymienione osoby zostały stracone w dniu 9 maja 1944 roku. Moja matka bardzo to przeżyła. Znów widziałam jej oczy lśniące od niewypłakanych łez, kiedy chodziła po mieszkaniu, starając się zachowywać normalnie. Jak mówiła, robiła to ze względu na mnie. John bezpowrotnie stracił swój dawny zapał do zabawy i choć miał niecałe sześć lat, czułam, że nagle bardzo się postarzał.

Nadal miałyśmy nasz nadajnik radiowy i czasami w nocy słuchałyśmy z matką różnych doniesień o kolejnych klęskach Niemców. Nie mogłyśmy się ich nasłuchać. Co noc dowiadywałyśmy się o postępach wojsk alianckich oraz o tym, jak armia niemiecka była wypierana ze Związku Radzieckiego na tereny Polski. Niektórzy mówili, że pierwsze radzieckie oddziały przekroczyły już mosty, inni twierdzili, że widać je po drugiej stronie rzeki.

Gdy w sierpniu rozpoczęło się Powstanie Warszawskie, mieszkałyśmy w naszym mieszkaniu same z Johnem. Ponieważ matka znów była ze mną, Tusia mogła wyjechać na wieś, aby odwiedzić swoją chorą matkę. Tego ranka podczas spaceru z Johnem zauważyłam jakąś dużą zmianę. Na ulicach było wielu chłopców i młodych mężczyzn z białoczerwonymi opaskami na ramionach, niektórzy z nich mieli karabiny. „Czy wojna się skończyła?”, zapytałam zadyszana, biegnąc do domu po matkę. „Tak”, odpowiedział jeden z chłopców, „wygraliśmy i zabiliśmy wszystkich Niemców w Warszawie”. Moja matka także usłyszała gwar dochodzący z ulicy i stała teraz na balkonie.

Kilka minut później zostałyśmy obie zaprowadzone do małego mieszkania, które poprzedniej nocy stało się kwaterą podziemnej Armii Krajowej. Otrzymała ona od polskiego rządu w Londynie rozkaz wyzwolenia Warszawy. „Musimy wyzwolić nasze miasto. Wtedy Sowieci będą musieli pozwolić nam rządzić samodzielnie, gdy już tu dotrą”, powiedział matce porucznik będący dowódcą. „Tak właśnie postąpili Francuzi w Paryżu”, dodał.

Mamy nadajnik radiowy”, odparła matka, „a także kilka pistoletów oraz amunicję”. Stwierdzenie to natychmiast uczyniło z nas ważne osobistości. „Potrzebujemy lekarzy i pielęgniarek”, rzekł oficer. Matka natychmiast odpowiedziała, „Przed wojną przeszłam kurs pierwszej pomocy w Polskim Czerwonym Krzyżu, więc może mogłabym pomagać, ale moja córka musi być ze mną i stać się moją asystentką.

Aby powstrzymać niemieckie czołgi, mieszkańcy wznieśli na ulicach barykady. Czołgi nie były w stanie przedostać się przez wysokie sterty łóżek oraz wszelkiego rodzaju mebli, z których były zbudowane. Jednak nie chroniły one od pocisków, więc mnóstwo ludzi odnosiło rany.

Dwóch lekarzy już pracuje, ale na razie nie mamy pielęgniarek”, powiedział oficer. Tego samego popołudnia matka już pomagała przy operacji chirurgowi kliniki, którą zorganizowano w schronie w piwnicy w sąsiednim domu. Większość rannych to byli młodzi chłopcy z Batalionu Harcerskiego Armii Krajowej „Wigry”, do której z dumą i ja oficjalnie należałam.

Powierzono mojej opiece Kubusia, młodego chłopaka, który był nieprzytomny. Miał zabandażowaną głowę, ale poza tym nie było u niego widać żadnych innych obrażeń. Był chyba w moim wieku, miał czarne brwi i błękitne oczy, które jednak przez większość czasu pozostawały zamknięte. Bezustannie wołał swoją mamę. Moim zadaniem było uspokajanie go, co udawało mi się, kiedy śpiewałam mu piosenki oraz pilnowanie, aby pił wodę, którą podawałam mu łyżeczką od herbaty. Powiedziano mi także, że mam pilnować, kiedy będzie mu się chciało siku. Dostałam specjalną kaczkę i w ciągu kilku minut nauczyłam się, jak sprawić, aby trafił do niej jego mocz. Lekarz, który przyszedł zmienić bandaże na głowie Kubusia, zauważył moje zawstydzenie i rzekł, „Jesteś teraz pielęgniarką i twoim zadaniem jest dbać tylko i wyłącznie o dobro twojego pacjenta. Nic poza tym, nie jest ważne.” Podczas zmiany bandaży zauważyłam, że mój pacjent ma okrągłą dziurkę w czaszce. Była wielkości małej monety, nie krwawiła, i mogłam przez nią dostrzec jego mózg. Pytałam lekarza czy dziurka się zrośnie, odpowiedział, że nie ale że można będzie ja zakryć po wojnie złotą płytką.

Mój John także został „przyjęty” do Armii Krajowej. Miał być wykorzystywany do odnajdywania ludzi przysypanych gruzem. Nasz szpital został zorganizowany w schronach w piwnicach budynku Ministerstwa Sprawiedliwości, znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy w pobliżu naszego mieszkania. Obie z matką miałyśmy mnóstwo pracy, więc spędzałyśmy w szpitalu większość czasu, a nawet tam często nocowałyśmy. John pozostawał ze mną dzień i noc. Ponieważ z powodu niemieckiego ostrzału przebywanie na ulicach nie było bezpieczne, wychodził jedynie po zapadnięciu zmroku. Pewnego razu zabrano go do częściowo zburzonego budynku, którego gruzy przysypały przebywających w nim ludzi. Nie mogłam być z nim podczas tej misji bo nie mogłam pozostawić Kubusia. Ale później usłyszałam, jak bez wahania zaczął kopać dziurę w miejscu, w którym pod gruzami znaleziono małego chłopca, którego zdołano uratować. I to dzięki Johnowi. Ktoś powiedział, że po wojnie mój pies dostanie za to medal. Byłam z niego bardzo dumna.

Radziecka armia zatrzymała się po drugiej stronie Wisły i obserwowała, jak Warszawa zamienia się jedno wielkie gruzowisko. Na kolejnych ulicach barykady stopniowo ulegały naporowi czołgów. Niemcy na powrót zajmowali miasto, niszcząc i paląc wszystko na swej drodze, dzielnica za dzielnicą, dom po domu.

Pewnego poranka do szpitala wbiegło kilku młodych podekscytowanych chłopców, krzycząc radośnie: „Chodźcie zobaczyć, zdobyliśmy niemiecki czołg. Znaleźliśmy go przy barykadzie i wepchnęliśmy go na naszą stronę. Mamy teraz czołg, żeby walczyć z Niemcami. Jest w nim nawet karabin maszynowy.” Zaczęłam biec na zewnątrz, żeby go zobaczyć, ale matka natychmiast mnie powstrzymała. „Nie idź tam, zostań”, krzyknęła. Jej słowa zagłuszył huk najgłośniejszej eksplozji jaką kiedykolwiek słyszałam, dochodzący od strony ulicy. Potem nastąpiła przerażająca cisza. Nadal trzymając mnie za rękę, matka zaczęła biec na zewnątrz aby sprawdzić, czy nasza kamienica wciąż była cała. John pobiegł z nami i po kilku sekundach zaczął wyć w sposób, jakiego nigdy wcześniej u niego nie słyszałam. Razem z matką oderwałyśmy wzrok od naszego domu, który pomijając potłuczone okna stał nienaruszony i spojrzałyśmy w dół w jego stronę. W jednej chwili zaczęłyśmy histerycznie krzyczeć. Zatykając nosy, aby nie czuć ohydnego swędu, nagle uświadomiłyśmy sobie, że stoimy pośród setek rozerwanych na strzępy ciał. Nadal krzycząc nieprzytomnie, zawróciłyśmy i pobiegłyśmy z powrotem do naszego szpitalnego schronu eskortowane przez wciąż wyjącego psa. Niewielu rannych przyszło, aby otrzymać pomoc. Kiedy czołg będący pułapką eksplodował wraz ze stojącymi na nim triumfującymi chłopcami, uczynił to z taką mocą, że w jednej chwili zginęło ponad 400 osób. Dwa dni później wybrałyśmy się do naszego mieszkania po kilka rzeczy, mając na twarzach maski, które miały chronić nas od strasznego odoru spalonych ciał. Głośne szczekanie Johna ściągnęło nas na balkon. Pośród kawałków gruzu znalazł on ludzką rękę, którą wrzuciła tam siła eksplozji.

W tydzień później dotarł do szpitala rozkaz ewakuacji Starego Miasta i przejścia kanałami poza jego obręb. „Ale co będzie z rannymi?”, zapytałam, myśląc o Kubusiu. „Ci, którzy mogą chodzić, zostaną zabrani, a pozostali będą musieli zostać.” „A co z Johnem?” zapytałam matki. „On nie będzie mógł iść”, odpowiedziała. „Więc co się z nim stanie?”, dopytywałam. „Będzie musiał zostać w mieszkaniu”.

Powiedziano mi, abym zamknęła Johna mieszkaniu. Zrobiłam to i obie z matką, zabrawszy podręczne toby, wybiegłyśmy w pośpiechu. Ludzie przy wejściu do kanału dali nam zaledwie pięć minut czasu. Zbiegałam po schodach z oczami pełnymi łez, przez co niewiele widziałam. Nagle do moich uszu dotarł najsmutniejszy dźwięk, jaki w życiu słyszałam. Mój pies wył, a jednocześnie słychać było, jak rzuca się swoim ciałem na drzwi mieszkania. Prawdopodobnie nigdy nie zapomnę tego odgłosu połączonego z brzmieniem jego wycia. Odwróciłam się i pobiegłam schodami w górę. Otworzyłam drzwi i John pobiegł na dół wraz ze mną. Po drodze do wejścia do kanału zdołaliśmy wyprzedzić matkę ale na miejscu kazano nam poczekać. Gdy przyszła nasza kolej, matka zeszła przez otwór pierwsza, ja wchodziłam tuż za nią. Byłam pewna, że John w jakiś sposób podąży za nami, jednak nie pozwolono mu wejść do kanału bo by w nim utonął. Kiedy obejrzałam się, nasze oczy spotkały się po raz ostatni i po chwili mój ukochany pies zniknął mi z oczu pośród tłumu ludzi.

Pod koniec dwugodzinnej wędrówki kanałami zemdlałam pod wpływem panującego tam odoru. Matka natychmiast zostawiła swoją torbę i niosła mnie na plecach aż wyszłyśmy na powierzchnię w innej części Warszawy. Przez kolejne dni nie była w stanie rozprostować pleców, a ja pogrążyłam się ciemnej chmurze rozpaczy, której cień, gdy myślę o wojnie, nigdy do końca mnie nie opuścił. Moje dzieciństwo dobiegło końca. Straciłam ukochanego ojca, mojego psa i stałam się kolejną bezdomną ofiarą wojny.

Widząc mój smutek, ludzie pocieszali mnie, mówiąc, że Niemcy lubią takie psy jak John i prawdopodobnie go oszczędzą. Osobiście w to wątpiłam. Znając swego psa, wiedziałam, że nie pozwoli żadnemu naziście zbliżyć się do siebie, i że zapewne zostanie zastrzelony, gdy zaatakuje pierwszego, który tego spróbuje. Ta myśl sprawiła, że poczułam się odrobinkę lepiej. Miałam nadzieję, że mój pies John zginął śmiercią bohatera.

Irena Polkowska Rutenberg

9.5.2018

Kategorie: Mój pies John

Powiązane Posty

Mój pies John

MÓJ PIES JOHN – POCZĄTEK

Mój Pies John urodził się w styczniu 1937 r0ku w Anglii. Gdy przyjaciel mojego ojca Franek po raz pierwszy pracował w Londynie czuł się bardzo osamotniony. Postanowił zaadoptować małego, sześciotygodniowego niemieckiego owczarka, którego wybrał z Czytaj więcej…